czwartek, 23 sierpnia 2018

"The difference in judgement between you and me, originates from different rules derived from past experience."

Gdyby nie to, że potrzebował pieniędzy, już dawno rzuciłby to wszystko w cholerę. Policja nie była wcale jego pomysłem. Razem z podesłaną przez terapeutę kobietą z pośredniaka przerobili już chyba wszystkie inne roboty, do których mógłby się załapać, z jego  kwalifikacjami (czy raczej ich brakiem). Nigdzie nie potrafił jednak zagrzać miejsca, robił się niespokojny, może właśnie ze względu na spokój. Praca w supermarkecie doprowadzała go do szaleństwa monotonnością, stanie za kasą sprawiało, że sklep ponosił straty, więc go wywalili ze względu na brak podejścia do klienta. Nie żeby protestował. Kiedy był już na tyle zdesperowany, żeby walić głową w ścianę, jego głupi terapeuta wpadł na pierwszy porządny pomysł. Zaproponował Leviemu policję. Po chwili zastanowienia, mężczyzna stwierdził, że praca z gliniarzami jest lepsza niż brak pracy. Wysłali więc CV, nie licząc jednak na wiele.
Odpowiedź przyszła po tygodniu, a po rozmowie kwalifikacyjnej go przyjęto. I wtedy zaczął się cały ten cholerny chaos. Z jakiegoś powodu przyjęto go, nie mając dla niego stałego miejsca, zresztą nigdzie się nie wpasował (może przyjęto go ze względu na program  dla weteranów? tak przynajmniej myślała Isabel, wszędzie węsząca teorie spiskowe). Przenoszono go więc z placówki do placówki, wsadzając w różne role. Wreszcie po dwóch tygodniach nieznośnej wędrówki, nareszcie znaleziono dla niego miejsce. Wsadzono go do archiwum, gdzie pieczołowicie grał kogoś na wzór bibliotekarki, sortując akta, układając je i warcząc na wszystkich, którzy nie odnieśli ich na czas. O ile sama praca wydawała się dla niego całkiem niezła (pragnienie akcji wypełniał w sobie czytając opisy zbrodni), to towarzystwo niekoniecznie. Udało mu się skutecznie odstraszyć prawie każdą zainteresowaną nim miła buźkę, oprócz wiecznie nastroszonego huraganu, w fartuchu laboranta. Kobieta wybrała go sobie za cel, dręcząc zachowaniem jednocześnie przyjaznym i nieco dziwnym. Proponowała mu oglądanie zwłok ("pierwszy raz widzę takie siniaki!") i próbowała przytulić przy każdym mijaniu się w czasie pracy. Spotykała się jednak na ogół z ręką, która silnie łapała ja za twarz i odpychała. Jedynym momentem, kiedy Levi nie mógł uciec była przerwa na lunch. Chciał zjeść go w ciszy i spokoju, co Hanji skutecznie utrudniała.
- Więęęęęc, Levi, byłeś żołnierzem, tak? - spytała, nachylając się w jego stronę.
Przyciągnął swoje jedzenie bliżej, kiwając beznamiętnie głową.
- A co tam takiego robiłeś? Widziałeś może coś ciekawego? Opowiedz mi coś!
Prychnął tylko, niemal wsadzając nos w swoją marchewkę, próbując odgrodzić się od Hanji.
- Byłem snajperem - odparł krótko.
- Ooooh! I co, nadal potrafisz? - niczym pięciolatek zaczęła udawać, że strzela z pistoletu, wrzeszcząc przy tym "PJU, PJU PJU!"
- Nie działa moja pieprzona noga, nie wzrok, debilu - warknął.
 Hanji nagle zamarła, na moment stając się kompletnie cicha. Potem nagle podniosła się, a jej krzesło przewróciło się z hukiem. Jej twarz rozjaśniła się w kompletnym zachwycie, a potem rozległy się kolejne jej wrzaski, gdy rzuciła się do drzwi.
- Erwin! - krzyczała, omal nie potrącając w szaleńczym biegu jakiegoś nieszczęśnika.
Nikt nie zwrócił na to uwagi, rzucając Hanji tylko krótkie spojrzenie. Cóż, najwyraźniej takie zachowanie nie było dla niej niczym niecodziennym.
Nieobecność Hanji dała Leviemu czas na zjedzenie spokojnie swojego posiłku, a następnie powrót do pracy bez niechcianego towarzystwa. Niestety towarzystwo to powróciło niecałą godzinę później, w dodatku z posiłkami. Levi siedział na podłodze, otoczony segregatorami, kartonami i stosami akt, próbując zapanować nad bałaganem, kiedy Hanji wpadła do środka, omal nie wyrywając drzwi z zawiasów, w towarzystwie wysokiego blondyna, na którym spojrzenie mężczyzny zawisło nieco dłużej. Facet byłby kompletnie w jego typie, gdyby nie to spojrzenie, które się Leviemu zupełnie nie podobało - chłodne, bez emocji i w dodatku tak przenikliwe, że mężczyzna odruchowo odwrócił wzrok, mając wrażenie, że przybysz czyta z niego jak z otwartej księgi. Zaraz jednak pozbierał się i odwzajemnił spojrzenie, patrząc z charakterystyczną dla niego nieustępliwością i arogancją.
- Mówię ci, przyda nam się! Jest snajperem, nie zwracaj uwagi na wzrost! - Hanji mówiła stanowczo za głośno, a ostatnie zdanie sprawiło, że Levi natychmiast podniósł się z podłogi, zaciskając szczęki ze złością. Nie omieszkał jednak otrzepać się z niewidocznego kurzu.
- Czego chcesz, cholero? - spytał, prostując się i zakładając ręce na piersi, mierząc Hanji i jej kolegę wzrokiem.

Eruwinu senpaaai~!

Obserwatorzy