Matt otworzył drzwi balansując w rękach swoją kawę i mrożoną herbatę swojej siostry, a także małą brązową torbę. Zbliżała się godzina piętnasta, więc koniec jej wizyty u pana Moriego. Szczerze mówiąc, to nie wiedział, co ta dwójka robiła na ich spotkaniach, ale wierzył, że są one młodej potrzebne, więc był grzecznym starszym bratem i odbierał ją po, przynosząc jej jej ulubiony napój. Nie wiedział co pija pan Mori, więc zamiast tego przybył z ładnie pachnącą babeczką z truskawkami. Pracownik ośrodka dla omeg wyglądał, jakby potrzebował takiej muffinki raz na jakiś czas. Wiedząc, że brakuje jeszcze paru minut do trzeciej przysiadł na stołku w poczekalni. Na początku wszyscy przyglądali mu się nieco podejrzliwie, w końcu nie pasował za bardzo do takiego miejsca, teraz natomiast wszyscy go zgodnie ignorowali.
Drzwi jednego z pokojów otworzyły się i wyszła stamtąd Kat z panem Morim. Matt podniósł się ze swojego stołka. Jego siostra spojrzała na niego z uśmiechem i wyciągnęła dłoń po swój upragniony napój. Natychmiast napiła się i jej twarz rozpłynęła się z w uśmiech.
- Dzięki - mruknęła do Matta, który z głupim wyszczerzem na twarzy wyciągnął rękę z muffinką w stronę drobniejszego wilka.
- Nie byłem pewien co wziąć, ale mam nadzieję, że będzie panu smakować - powiedział, nadal radośnie, jakby nie widział podejrzliwości z jaką Mori spojrzał na torebkę. Wziął on ją jednak w swoje smukłe palce i kiwnął głową w stronę Matta w ramach podziękowania.
- Poczekaj jeszcze sekundę, wejdę do toalety - powiedziała dziewczyna i zostawiła dwójkę razem. Można by próbować powiedzieć, że zapadła niezręczna cisza, która w rzeczywistości była niezręczna tylko do Matta, który jako jedyny myślał o podtrzymaniu jakiejś rozmowy. W międzyczasie z innego pokoju wyszła kobieta, z dość z młodym dzieckiem, w wieku koło dwunastu, trzynastu lat, które widocznie dopiero co skończyło płakać. Zebrali się oni szybko do wyjścia, zostawiając zdziwionego Matta.
- Trafiają tu nawet tak młode osoby? - zapytał, patrząc na Moriego z oczami zranionego szczeniaczka. Mori westchnął.
- Każda omega, niezależnie co się stało, jest tu mile widziana - odpowiedział tylko. Matt nie wiedział w sumie co powiedzieć. Był pewien podziwu dla działalności ośrodka. Nie mógł być bardziej wdzięczny za pomoc jaką znalazła u nich Kat. Pokręcił głową, zamyślony.
- Co to za rzeczywistość w jakiej żyjemy - mruknął do siebie. Takie miejsca nie powinny nawet istnieć w dobrze funkcjonujących społeczeństwach. A mimo wszystko ciągle o uszy obijały się plotki o planach rządu, które wręcz jeszcze bardziej utrudniałyby omegom życie. Usłyszał westchnięcie.
- Ciekawe czyja to wina - mruknął wiecznie zaspany pracownik ośrodka. Jedyne co Mattowi pozostało to spuścić wzrok na swoje stopy. Czuł się jakby samą swoją obecnością mógł wyrządzić komuś jakąś krzywdę. Już wystarczyło, że dopuścił do tego, żeby Kat coś się stało. Kiedy był on za nią odpowiedzialny. Było to coś co krążyło po jego głowie odkąd pierwszy raz do niego z tym przyszła. Jednocześnie wiedział, że to nie jego wina, nie wina Kat, a tego niedojrzałego gówniarza, ale nie mógł powstrzymać poczucia, że mógł temu w jakiś sposób zaradzić.
- ... w porządku? - usłyszał. Spojrzał w górę na spokojną twarz swojej siostry. Kiwnął głową, wręczając jej z powrotem jej herbatę.
- Teraz gotowa? - uśmiechnął się w jej stronę. Dziewczyna zaczęła dziękować i żegnać się z panem Morim. Gdy wyszli, zawiał łagodny, lecz chłodny wiatr.
- Dzięki, że po mnie przyszedłeś - powiedziała Kat. Matt pokręcił głową z uśmiechem.
- Żaden problem, młoda - powiedział.
PaNiE MoRi??
sobota, 18 kwietnia 2020
“When you’re outnumbered by trees your perspective shifts.”
Ostatnią partię wywarów Salvador skończył przygotowywać wraz ze wschodzącym słońcem. Pracował nocami przez całą pełnię, chcąc skorzystać z mocy księżyca w przygotowywaniu mikstur. Nic więc dziwnego, że wyglądał jak całkiem nieboskie stworzenie, wyczerpany. Babou, która zawsze była obecna, gdy przygotowywał silniejsze receptury, by użyczyć mu swojej mocy, spała już, równie znużona. Salvador powlókł się na zewnątrz, by wypuścić ptactwo i zostawić jedzenie dla Salem w kuchni. Po pełni dom zawsze wyglądał jak pobojowisko, pełen rozrzuconych składników, dziwnych plam i zostawionych brudnych naczyń.
Juno zjawiła się, gdy Salvador zbierał jajka, prawie zasypiając w kurniku.
- Ciężka noc? - spytała, wsadzając głowę do środka.
- Mhm...
- Biedne dziecko - westchnęła, pocierając jego ramiona.
- Chodź, załadujemy skrzynki i zrobimy ci śniadanie.
Salem biegała pomiędzy vanem a kuchnią, obserwując jak Juno i Salvador ładują kolejne buteleczki w drewniane skrzynki, zabezpieczając je gazetami. Większość eliksirów nie przepadała za plastikiem, gdy była jeszcze świeża, pozostawało więc pakować je w drewniane pudełka i szklane fiolki. Część mikstur, tak jak na przykład proszek przynoszący szczęście w staraniu się o dziecko mogły być pakowane tylko w określone rodzaje drewna - w tym wypadku brzozy. Juno długo studiowała jakie rodzaje opakowań będą najlepsze. Też była wiedźmą, w przeciwieństwie do Salvadora czystej krwi. Jej rodzina od pokoleń zajmowała się handlem, ich magia kochała złoto i gromadzenie. Juno śmiała się czasami, że nosi w sobie smoczą krew. Do spółki z Salvadorem prowadziła więc w mieście ich sklep alchemiczny. Miasto nie służyło Salowi ani jego magii, zajmował się więc samą alchemią i uprawą składników, podczas gdy Juno sprowadzała dla niego te trudniej dostępne i opiekowała się sklepem. Budynek ich sklepiku nosił w sobie jej magię i kochał ją do szaleństwa, tak jak stary leśny dom kochał Salvadora. Chowaniec Juno - śmieszna ruda kuna siedział na masce auta, obserwując kury.
- Pójdę spać na tydzień, mówię ci - westchnął Sal, kładąc głowę na stole.
- Zacznijmy może od drzemki - zaśmiała się Juno, gładząc go po rozwichrzonych włosach i wytrzepując z nich trochę słomy.
Po śniadaniu i szybkim pożegnaniu Salvador padł do łóżka, wtulając głowę w poduszkę i zasypiając niemal natychmiast. Babou ułożyła się na swojej poduszce na parapecie, obserwując leniwie świat za oknem.
Czarodziej obudził się dopiero wieczorem, nieco oszołomiony. Gdy wyszedł na zewnątrz, ogród wydawał się nieco niespokojny. Coś mu tu nie pasowało, jakby ktoś tu był, co nie miało najmniejszego sensu. Juno dawno pojechała, zresztą jego dom był już do niej przyzwyczajony, a magia jego babci chroniła posesję przed nieproszonymi gośćmi. Bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś był w stanie trafić sam do jego chatki, bez pomocy Babou czy któregoś z jego przyjaciół. Salvador obejrzał się podejrzliwie na kotkę, ale ta spała w hamaku wśród owocowych drzew. Nie wyglądało na to, by miała ochotę na przyprowadzanie kogokolwiek. Salvador drgnął niespokojnie, słysząc poszczekiwanie Salem. Nieproszeni goście oznaczali zawsze coś bardzo dobrego lub bardzo złego. Nic pomiędzy.
Uwagę czarodzieja przykuł błysk fioletu. Ze zdumieniem odkrył swoje narcyzy, które przestały być żółte z niewiadomego powodu. Kwiaty nosiły najsilniejszą obcą energię. Salvador potrząsnął głową, patrząc na nie podejrzliwie. Nie wydawały się groźne. Może to tylko las płatał mu figle? Albo te przeklęte chochliki.
Zapadający zmrok nie pozwolił mu na głębsze zastanawianie się. Las po pełni był niespokojny i nawet ochronna magia jego babki mogłaby zawieść na zewnątrz. Dom i szklarnie chroniła połączona magia jego matki i jej rodziców, były więc bezpieczne, ale mieszkanie w środku starej puszczy, pełnej starożytnej magii sprawiało, że nocą nawet w ochronionym utkanymi przez jego babkę ogrodzie nie zawsze było bezpiecznie. Przyjaciele Salvadora wiedzieli, że nocą się nie wychodzi, nawet Salem trzymała się wieczorami domu. Tylko Salvador i Babou wypuszczali się w noc do ogrodu.
- Salem! Goń ptaki, idziemy do domu.
Zayden?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)