Juno zjawiła się, gdy Salvador zbierał jajka, prawie zasypiając w kurniku.
- Ciężka noc? - spytała, wsadzając głowę do środka.
- Mhm...
- Biedne dziecko - westchnęła, pocierając jego ramiona.
- Chodź, załadujemy skrzynki i zrobimy ci śniadanie.
Salem biegała pomiędzy vanem a kuchnią, obserwując jak Juno i Salvador ładują kolejne buteleczki w drewniane skrzynki, zabezpieczając je gazetami. Większość eliksirów nie przepadała za plastikiem, gdy była jeszcze świeża, pozostawało więc pakować je w drewniane pudełka i szklane fiolki. Część mikstur, tak jak na przykład proszek przynoszący szczęście w staraniu się o dziecko mogły być pakowane tylko w określone rodzaje drewna - w tym wypadku brzozy. Juno długo studiowała jakie rodzaje opakowań będą najlepsze. Też była wiedźmą, w przeciwieństwie do Salvadora czystej krwi. Jej rodzina od pokoleń zajmowała się handlem, ich magia kochała złoto i gromadzenie. Juno śmiała się czasami, że nosi w sobie smoczą krew. Do spółki z Salvadorem prowadziła więc w mieście ich sklep alchemiczny. Miasto nie służyło Salowi ani jego magii, zajmował się więc samą alchemią i uprawą składników, podczas gdy Juno sprowadzała dla niego te trudniej dostępne i opiekowała się sklepem. Budynek ich sklepiku nosił w sobie jej magię i kochał ją do szaleństwa, tak jak stary leśny dom kochał Salvadora. Chowaniec Juno - śmieszna ruda kuna siedział na masce auta, obserwując kury.
- Pójdę spać na tydzień, mówię ci - westchnął Sal, kładąc głowę na stole.
- Zacznijmy może od drzemki - zaśmiała się Juno, gładząc go po rozwichrzonych włosach i wytrzepując z nich trochę słomy.
Po śniadaniu i szybkim pożegnaniu Salvador padł do łóżka, wtulając głowę w poduszkę i zasypiając niemal natychmiast. Babou ułożyła się na swojej poduszce na parapecie, obserwując leniwie świat za oknem.
Czarodziej obudził się dopiero wieczorem, nieco oszołomiony. Gdy wyszedł na zewnątrz, ogród wydawał się nieco niespokojny. Coś mu tu nie pasowało, jakby ktoś tu był, co nie miało najmniejszego sensu. Juno dawno pojechała, zresztą jego dom był już do niej przyzwyczajony, a magia jego babci chroniła posesję przed nieproszonymi gośćmi. Bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś był w stanie trafić sam do jego chatki, bez pomocy Babou czy któregoś z jego przyjaciół. Salvador obejrzał się podejrzliwie na kotkę, ale ta spała w hamaku wśród owocowych drzew. Nie wyglądało na to, by miała ochotę na przyprowadzanie kogokolwiek. Salvador drgnął niespokojnie, słysząc poszczekiwanie Salem. Nieproszeni goście oznaczali zawsze coś bardzo dobrego lub bardzo złego. Nic pomiędzy.
Uwagę czarodzieja przykuł błysk fioletu. Ze zdumieniem odkrył swoje narcyzy, które przestały być żółte z niewiadomego powodu. Kwiaty nosiły najsilniejszą obcą energię. Salvador potrząsnął głową, patrząc na nie podejrzliwie. Nie wydawały się groźne. Może to tylko las płatał mu figle? Albo te przeklęte chochliki.
Zapadający zmrok nie pozwolił mu na głębsze zastanawianie się. Las po pełni był niespokojny i nawet ochronna magia jego babki mogłaby zawieść na zewnątrz. Dom i szklarnie chroniła połączona magia jego matki i jej rodziców, były więc bezpieczne, ale mieszkanie w środku starej puszczy, pełnej starożytnej magii sprawiało, że nocą nawet w ochronionym utkanymi przez jego babkę ogrodzie nie zawsze było bezpiecznie. Przyjaciele Salvadora wiedzieli, że nocą się nie wychodzi, nawet Salem trzymała się wieczorami domu. Tylko Salvador i Babou wypuszczali się w noc do ogrodu.
- Salem! Goń ptaki, idziemy do domu.
Zayden?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz