sobota, 5 października 2019

"I'm just gonna sparkle today. That's it."

Cole podskoczył, gdy Jake oparł się z impetem o metalowe szafki, gdy blondyn wyciągał swój scenariusz z jednej z nich.
- Czemu jeszcze nie jesteś na stołówce? - zapytał brunet znudzonym tonem, następnie biorąc z szafki chłopca jego pudełko na drugie śniadania. Cole spojrzał na niego tylko i zatrzasnął szafkę.
- Carol zapytała, czy mógłbym dać korki z historii jakiemuś gościowi - napomknął blondyn, gdy ruszyli w stronę wspomnianej stołówki.
- Stary, to nasza nauczycielka, przestań mówić do niej po imieniu - jęknął brunet, zdegustowany. - To dziwne - dokończył, a Cole wzruszył ramionami.
- Nie mówiłbym do niej po imieniu, gdyby nie fakt, że zna mojego ojca od zawsze i nawet robiła mi kiedyś za niańkę. Byłoby dziwnie, gdybym mówił do niej "panno Harrison" po tym jak robiła mi kanapki z dżemem i masłem orzechowym  - powiedział chłopak dobitnie, jakby nie tłumaczył tego siódmy raz. Jake potargał jego włosy.

- Znam już te wyjaśnienia na pamięć. Po prostu chodź - powiedział chłopak, najpewniej myśląc o stołówkowej pizzy. Cole czuł jego poczucie głodu z tyłu głowy. Lecz, nagle zderzył się z kimś ramieniem, na tyle mocno, by lekki chłopiec poleciał na podłogę. Atmosfera momentalnie się zmieniła, Cole'a przepełniły uczucia zdegustowania, odrazy, złości. Wiedział z kim się zderzył, jeszcze zanim podniósł głowę. Nie patrząc chłopcom z drużyny futbolowej w oczy, otrzepał się i wstał, starając się nie wdawać w jakąkolwiek interakcję. Oczywiście, nic nie poszło tak jakby chciał.

Cole poczuł, jak ktoś ciągnie za jego plecak i odwrócił się, starając się wyglądać obojętnie.
- Czemu nie przeprosisz, pedale? - został zapytany przez Paula, największego osiłka drużyny. Chłopak wyglądał jakby mógł taranować drzwi swoimi ramionami. Cole przysiągłby, że poczuł jak jego krew zaczyna się gotować pod wpływem adrenaliny. Poza swoim strachem, czuł także strach Jake'a, nieważne jakby starał się to zagłuszyć.
- Bo to ty na mnie wpadłeś, nie ja na ciebie. I masz mnie tak nie nazywać - odpowiedział, z dłońmi zwiniętymi w pięści, wyprostowany blondyn. Sportowcy zaczęli się szyderczo podśmiewać. Najgłupszy z nich, Bruce, podszedł do Cole'a, który już przeklinał wszelkie bóstwa, za istnienie tego barana.
- A czym innym miałbyś być, ludzka szmato? - zarechotał osiłek, podbijając sobie samoocenę śmiechami kumpli. To był moment, kiedy Cole zdusił wszystkie te emocje.
- Na pewno nie takim bezwartościowym kawałkiem gówna jak ty - odpowiedział, gotowy na konfrontację. Obserwował jak twarz Bruce'a staje się coraz bardziej czerwona. Zauważył jak sportowiec podnosi rękę. Był gotowy uciekać.

Lecz wtedy poczuł, jakby został wrzucony do lodowatej wody. Przejął go strach tak mocny, że rzeczywistość zawirowała przed jego oczyma. Oddech stanął mu w płucach, czuł już, że się dusi. Kolana się pod nim uginały a oczy wypełniły się łzami. Najgorsze było to, że to nie był jego strach, ani nawet Jake'a, gotowego oberwać, w obronie Cole'a. Podniósł szybko wzrok i złapał spojrzenie jednego z futbolistów. Ian, tak zwany złoty chłopiec ich liceum, patrzył na niego z wytrzeszczonymi oczyma i otwartą buzią. W jego oczach nie było żadnej obrazy, a czyste przerażenie. Tyle Cole zdążył zauważyć, nim tłusta pięść Bruce'a prawie złamała mu nos.

Nawet gdy już był w domu, próbując się uczyć, Cole'owi kręciło się w głowie. Na szczęście jego nos, poza sińcami był cały, Carol zauważyła sytuację, może trochę późno, ale i tak w odpowiedniej chwili, odsyłając sportowców na lekcję i wlepiając im godzinę kary do odrobienia po lekcjach. Cole był jej wdzięczny. Nie nalegała by wysłać Bruce'a do dyrekcji. Sama najpewniej zdawała sobie sprawę, że to właśnie mały blondyn najbardziej by wtedy ucierpiał, znając uwielbienie dyrektora dla dzieciaków zdobywających mu puchary.
Usiadł na łóżku, odkładając podręcznik na bok i wziął telefon w dłoń. Oczywiście jego group chat nadal był wypełniony pełnymi zmartwienia, podziwu i wściekłości wiadomościami od jego przyjaciół. Dostał całą pogadankę, kiedy czekał u pielęgniarki na okład z lodu. Niestety, ominął go przez to lunch.

Cole przygryzł wargę. Poza oczywistym bólem jego nosa, co jakiś czas nachodziły go okropne dreszcze. Momentami wracał do tego uczucia lodowatej wody w jego płucach, tak ogromnego strachu. Był mocno zafrasowany. Nie czuł jeszcze nigdy czyjejś tak potężnej emocji. Nie mógł pojąć skąd ona się wzięła. Opanowała go tuż przed tym jak został uderzony, ale wątpił żeby to było tego powodem. Cole pamięta jak sarkastyczny śmiech Iana mieszał się z wyzwiskami rzucanymi od innych sportowców. Z drugiej strony brunet patrzył prosto na niego a sam nie był w żaden sposób zagrożony. I nie ważne jak mocno Cole się przekonuje, że to nie jego sprawa i go to nie obchodzi, nie może przestać analizować tej anomalii. Może to było to, anomalia? Jego system się zwiesił. Blondyn nie wiedział jak on działa, więc było to jak najbardziej możliwe. Jednak, po dwóch minutach złapał się na przeglądaniu przez przeglądarkę instagrama "złotego" chłopca. Wiedział, że nie ma najlepszego instynktu zachowawczego, ale nie wiedział, że do tego stopnia, by założyć sobie własne konto na instagramie, na które wrzucił pojedyncze selfie, sprzed tego jak jego nos został obity.

Obserwował pięć osób. Jake'a, Josie, Naję, dziewczynę, która podobała się Josie. I Iana.

środa, 2 października 2019

"It's good for me to have a friend too"

Timmy uśmiechnął się, wciskając dłonie w kieszenie i patrząc w stronę swojego chłopaka, który zatrzymał się, by nagrać jeszcze jedno ujęcie. Ostatnimi czasy często się kłócili, więc patrzenie na niego, w końcu zrelaksowanego i zadowolonego z życia, było nagrodą samą w sobie.
- Chciałem jeszcze przeprosić za moje zachowanie - westchnął cicho, korzystając z okazji, gdy Dylan znajdował się poza zasięgiem słuchu.
- Mam okropne zaburzenia lękowe i nowi ludzie mnie stresują, to nic personalnego, naprawdę. Więc dopóki nie poznam kogoś lepiej, jest niezręcznie. Przepraszam.
Wzrok Timmy'ego utkwił w czubkach trampek.
- Nie ma problemu. Przynajmniej wiem, że to nie moja wina.
Na słowa Alexa, Tim uśmiechnął się z ulgą, patrząc na niego krótko.
- Ten widok jest świetny! Timmy, musimy to koniecznie gdzieś wykorzystać, byłby idealny do którejś z twoich piosenek. Albo napisz mi do tego kilka linijek i daj jakąś prostą melodię, wykorzystam we vlogu.
Dylan wrócił, skutecznie rozmywając niezręczność. W takich momentach Timmy był szczególnie wdzięczny za to, jak rozgadany i socjalnie inteligentny potrafił być jego chłopak. Nerwy stopniały w nim do tego stopnia, że po pożegnaniu i obiecaniu odezwania się na social media, był w stanie zasnąć, zwinięty w siedzeniu, do dźwięku Dylana podśpiewującego razem z radiem.
Konwersacja z początku nie wypaliła, drętwa atmosfera, którą przełamywał jedynie Dylan. Dopiero po kilkunastu dobrych dniach udało się wywołać jakąkolwiek nie niezręczną rozmowę, ale potem poszło już względnie gładko. Jeszcze nie przyjaźń, ale dobra znajomość.
Problemem znajomości youtubowych okazał się zwyczajny brak czasu - każdy z chłopców działał na innym planie zajęć. W pierwszym miesiącu udało im się nawet spotkać kilka razy, kiedy Dylan upierał się, że to, że Alex nie był w jednym z pięćdziesięciu "niezwykłych miejsc, które zasługują na uwagę" jest zbrodnią przeciwko małym biznesom. Odwiedzili kilka niewielkich restauracji, dwie czytelnie, lokalną wystawę sztuki nowoczesnej i kocią kawiarnię, w której Timmy napisał całe pięć wierszy na cześć kocich rezydentów. W drugim miesiącu nagle okazało się, że zgranie trzech planów zajęć ze sobą było niezbyt łatwe, nawet jeśli Tim oswoił się z Alexem na tyle, by być z nim sam na sam od czasu do czasu.
Nie miał zresztą wielkiego wyboru - Dylana zaabsorbował najnowszy projekt, kolejna krótkometrażówka, dla której musiał zaplanować całą wyprawę w góry, jednoosobową podróż z plecakiem na plecach, ogniskami i przemoczonymi butami. Alex także pracował nad czymś poza domem, tworząc kolejny collab.
- Dylan, masz liście we włosach - skomentował Alex, kiedy tylko udało im się połączyć na skype.
- Was też miło widzieć - chłopak prychnął i przetrzepał włosy, gwałtowny ruch sprawił, że obraz stał się jeszcze bardziej ziarnisty.
- Powiedziałbym to samo, ale średnio cię widać.
Timmy rzucił, ledwo widzialny przez kamerę stojącego na podłodze laptopa. Co jakiś czas migały tylko w kadrze jego chude nogi, kiedy ślizgał się po panelach w śmiesznych, puchatych skarpetkach.
- Tim, uwielbiam twoje kostki, ale chcielibyśmy zobaczyć kawałek twojej twarzy - Dylan oparł się na łokciu, patrząc w kamerę i chrupiąc batonik.
Spotkał się z zduszonym zaraz i trzaśnięciem drzwi.
- Co on tam wyprawia?
- Hm? Nie miał czegoś dzisiaj nagrywać? - Alex spojrzał na ekran z zastanowieniem.
- Dokładnie, miło, że ktoś mnie słucha. Chciałem nagrać piosenkę, ale zerwała mi się struna w gitarze zanim zadzwoniliście i nie mogłem znaleźć zapasowych.
Obraz zamachał się gwałtownie, kiedy Timmy podniósł laptopa, stawiając go na łóżku, tak by jego rozmówcy mieli widok na pokój, w którym krzątał się, rozstawiając swój ekwipunek.
- Będziesz zmieniał?
- Nie mam, muszę wybrać inną piosenkę. Nie pożarły cię jeszcze niedźwiedzie?
- Mnie nie, ale pytaj Alexa, sławni youtuberzy są jeszcze gorsi.
Timmy zamilkł, ustawiając statyw na zagraconym biurku, spychając na bok zapisane strony. Przez chwilę oglądał się w aparacie, sprawdzając kadr, ustawiając światło i przygładzając rozwichrzone włosy.
- Naprawdę nie wiem, co im się tak podoba, kiedy to robisz - skomentował Dylan, kiedy Timmy zbliżył się do aparatu na stanowczo za małą odległość.
- Moje wory pod oczami mają swój urok. Co u was? - spytał Tim, siadając na podłodze z ukulele, bezmyślnie pociągając struny.

Spokojnie, Timmy nie jest jeszcze taki hop siup, ale przez internet i w półmroku może sobie udawać, że przy Alexie nie jest wcale nieśmiałą kluchą

Obserwatorzy