Mori nie był pewien jak w ogóle do tego doszło. W jednej chwili kończył rozmowę z Kat, a w następnej siedział wraz z Jią, Milo, Kat i jej bratem w taniej restauracji, jedząc długo wyczekiwany obiad. Cóż, prawdopodobieństwo wskazywało na Jię - jak tylko zjawili się z Milo w ośrodku oboje starali się mu przypodobać, wykorzystując Kat i jej brata jak zasłonę dymną, co sprowadziło skonfudowane rodzeństwo do spędzenia obiadu z Morim. Przez nich nie mógł otwarcie opieprzyć dwójki manipulantów za ich bullshit i spytać, o co takiego tu chodzi. Pozostało mu tylko wepchnąć w siebie jak największą porcję ciepłego makaronu i wiercić wzrokiem dziury w siedzącym naprzeciwko Milo. Jia już dawno się uodporniła.
- Jak dyżur? - spytał Milo.
- Nieźle. Nikt nie zginął i to normalna zmiana, więc mogę iść spać w swoim łóżku. Dziesięć na dziesięć. Jia, nie waż się karmić mojego psa makaronem.
Dziewczyna zastygła, z nitką spaghetti w połowie drogi pomiędzy jej talerzem a psim pyskiem. Wilhelmina spojrzała na swojego pana z oburzeniem w oczach.
- Ale ona jest taka malutka, musi przytyć.
- Niedługo będzie wyglądać jak klops, sama sobie przytyj.
Jia podniosła psa na kolana, mamrocząc do niego cicho coś o znęcających się dupkach, że to wszytko jego wina i wieczorem trzeba nasikać do butów. Milo zaprotestował, zdecydowanie za głośno, że to na pewno byłyby jego buty i niech sika na dywan jeśli już gdzieś musi. Kat odchyliła się za daleko na krześle i omal nie spadła na podłogę i po tym spojrzeniu na towarzystwo Mori stwierdził, że Matt ma tu chyba największy potencjał na zdrowego członka społeczeństwa. Przynajmniej dopóki nie zakrztusił się swoim obiadem.
- Ej, wiesz, jak dziwnie widzieć cię poza szpitalem? Trochę jak jako dziecko, gdy się widzi nauczycieli poza szkołą - powiedziała Kat, gdy opanowała już swoją grawitację.
- Też jestem zdziwiony
- Nie, nie, nie, szpital to jedno, ale jak się go widzi w normalnych ciuchach to jest większy szok - odparł Milo.
- Czasami mam wrażenie, że żyjesz w kokonie tego okropnego materiału. Co to ma być za krój? Worek? Już nie mówiąc o kolorze - dorzuciła Jia,
Mori wykrzywił się w jej stronę, zawijając się w bezpieczny materiał swojej bluzy.
- Są wygodne, okej? I łatwo się piorą. I można udawać, że się nie ma kształtu.
- Chciałbym czasem nie mieć kształtu - westchnął Matt, opierając się na łokciu.
- Ja to bym chciała być trójkątem. Najlepiej równobocznym. Są fajne.
Kiedy Milo, Matt i Jia kłócili się na temat najlepszej figury geometrycznej, Kat powoli karmiła Wilhelminę kawałkami swojej bagietki, robiąc to w najmniej skryty sposób, jaki Mori kiedykolwiek widział. Mori wpakował w siebie resztę tej Milo, który machał rękami, próbując się wysłowić, gdy Jia przerywała mu w pół zdania, za każdym razem, gdy padało słowo sześcian.
Mori był całkiem pewien, że nie pamięta czym do cholery są bryły. Tym bardziej trapezoidy.
IM TO FUCKING GAY TO DO MATHS
piątek, 24 lipca 2020
niedziela, 24 maja 2020
"I killed the monsters. That's what fathers do.”
- Co to ma być? - spytał Levi, stając w drzwiach swojej sypialni.
- Twoje dziecko? Powinieneś je jeszcze pamiętać - odezwał się Farlan.
Marcel spał, jeszcze w ubraniu, tuląc do siebie ulubiony kocyk. Długie włosy miał splecione w warkoczyki, które zaczynały się rozwalać.
- To wiem, baranie - warknął ściszonym głosem, by nie obudzić syna.
- Ale co on tu robi?
- Przywiozłam go. Petra mówiła, że do ciebie dzwoniła, ale nie odebrałeś. Ja też dzwoniłam, ale to samo.
Rzeczywiście, ktoś dobijał się do niego wieczorem, ale Levi był przecież zajęty. Kto mógłby przypuszczać, że Petra zechce zrzucić mu na głowę syna, bez żadnego ostrzeżenia.
- Ogarnę go i musimy porozmawiać - mruknął Levi, głaszcząc dziecko po ciemnych włosach.
Ostrożnie, z delikatnością tak dla niego niezwykłą zaczął ściągać z małego buty.
- Tata?
Marcel uniósł głowę, trąc zaspane oczy. Serce Leviego ścisnęło się w gwałtownym przypływie afekcji do małego człowieka. W przeszłości nigdy nie myślał nawet o byciu ojcem, ale teraz mógł szczerze stwierdzić, że nikogo tak w życiu nie kochał, jak swojego syna. Uśmiechnął się mimowolnie, kiedy dziecko wyciągnęło do niego ręce, by się przytulić. Musiał uciąć jednak chwilę czułości i po przebraniu walczącego ze snem małego, utulił go szybko do snu, szykując się na powiedzenie Isabel, co myśli o tym, by robić takie rzeczy. Może zadzwonić do Petry.
- Tata, gdzie Esme?
Levi rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu niebieskiego, wytartego już królika, którego Marcel wszędzie ciągał ze sobą. Dostrzegł pluszaka zrzuconego na podłogę po drugiej stronie łóżka. Podał go synowi, który wtulił się w niego.
- Dobranoc.
Levi wyszedł z pokoju, kierując się do kuchni. Isabel wyglądała na zmęczoną, wymiętą podróżą.
- Zanim na mnie nakrzyczysz, to nie był mój pomysł - podniosła ręce w górę, obronnym gestem.
- Ale uważam, że małemu będzie tu lepiej.
- Jakim niby cudem lepiej, Iz? Ciągle pracuję, nie ma mnie w domu, nie będę mógł wziąć wolnego, bo mamy sprawę. Co Petra sobie w ogóle wyobraża? Marcel to nie zabawka, że może się go pozbyć, kiedy jej się znudzi.
Farlan i Isabel wymienili krótkie spojrzenia.
- Lee, Petra jest w ciąży.
Levi opadł na krzesło, patrząc na przyjaciół z niedowierzaniem.
- Nic mi nie mówiła.
Kobieta potarła kark w niezręcznym geście.
- Prawdopodobnie nie chciała... No wiesz.
Zapadła cisza, przerywana tylko odgłosami przejeżdżających na zewnątrz aut.
- Mały wie?
Isabel przytaknęła.
- Powiedzieli mu kilka dni temu. Okropnie zareagował, myślałam, że wiesz.
Farlan, widząc bezradność w postawie Leviego, wtrącił się.
- Izzy musi jutro wracać, ale ja zostanę na kilka dni. Zajmę się Marciem, poszukamy opiekunki albo przedszkola. Poradzimy sobie.
Kiedy Levi leżał już obok syna i patrzył na jego spokojnie śpiącą twarz, nie był taki pewien, że sobie poradzą. Zasnął dopiero nad ranem, próbując przegnać ciężkie myśli.
***
Levi wpadł na komisariat równo z czasem. Poranek był ciężki, Marcel obudził się, gdy Levi próbował wymknąć się do pracy i zaczął płakać. Uspokojenie go zajęło sporo czasu, dopiero pojawienie się Jinxa i obietnica lodów na deser zdołała oderwać Marcela od ojca. Levi był pewien, że na koszuli wciąż miał ślady zaciśniętych kurczowo małych rączek i łez.
- ... jest Ackermann? - usłyszał końcówkę słów Erwina.
- Tutaj - odezwał się, przyprawiając o zawał Arleta. Dzieciak aż podskoczył w górę.
'Ani słowa' - powiedział bezgłośnie w stronę Hanji, gdy ta otworzyła usta, by powiedzieć coś, niechybnie na temat jego nieco nieuporządkowanego wyglądu. Laborantka przytaknęła, patrząc na niego długo.
Kiedy Levi odwrócił wzrok w stronę Erwina, napotkał bystre spojrzenie blondyna. Po raz kolejny w trakcie ich znajomości to Levi pierwszy odwrócił wzrok, zbyt znużony i rozproszony, by bawić się teraz w ich zwykłe gierki. W głowie miał jeszcze listę miliona rzeczy do zrobienia i nieprzyjemną konieczność porozmawiania z Petrą. I jeszcze mniej przyjemną potrzebę porozmawiania z synem o tym dlaczego reagowanie szałem na wieści o przyszłym rodzeństwie jest kiepskie dla obu stron. Na samą myśl o tym sam miał ochotę kogoś kopnąć.
Erwin?
- Twoje dziecko? Powinieneś je jeszcze pamiętać - odezwał się Farlan.
Marcel spał, jeszcze w ubraniu, tuląc do siebie ulubiony kocyk. Długie włosy miał splecione w warkoczyki, które zaczynały się rozwalać.
- To wiem, baranie - warknął ściszonym głosem, by nie obudzić syna.
- Ale co on tu robi?
- Przywiozłam go. Petra mówiła, że do ciebie dzwoniła, ale nie odebrałeś. Ja też dzwoniłam, ale to samo.
Rzeczywiście, ktoś dobijał się do niego wieczorem, ale Levi był przecież zajęty. Kto mógłby przypuszczać, że Petra zechce zrzucić mu na głowę syna, bez żadnego ostrzeżenia.
- Ogarnę go i musimy porozmawiać - mruknął Levi, głaszcząc dziecko po ciemnych włosach.
Ostrożnie, z delikatnością tak dla niego niezwykłą zaczął ściągać z małego buty.
- Tata?
Marcel uniósł głowę, trąc zaspane oczy. Serce Leviego ścisnęło się w gwałtownym przypływie afekcji do małego człowieka. W przeszłości nigdy nie myślał nawet o byciu ojcem, ale teraz mógł szczerze stwierdzić, że nikogo tak w życiu nie kochał, jak swojego syna. Uśmiechnął się mimowolnie, kiedy dziecko wyciągnęło do niego ręce, by się przytulić. Musiał uciąć jednak chwilę czułości i po przebraniu walczącego ze snem małego, utulił go szybko do snu, szykując się na powiedzenie Isabel, co myśli o tym, by robić takie rzeczy. Może zadzwonić do Petry.
- Tata, gdzie Esme?
Levi rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu niebieskiego, wytartego już królika, którego Marcel wszędzie ciągał ze sobą. Dostrzegł pluszaka zrzuconego na podłogę po drugiej stronie łóżka. Podał go synowi, który wtulił się w niego.
- Dobranoc.
Levi wyszedł z pokoju, kierując się do kuchni. Isabel wyglądała na zmęczoną, wymiętą podróżą.
- Zanim na mnie nakrzyczysz, to nie był mój pomysł - podniosła ręce w górę, obronnym gestem.
- Ale uważam, że małemu będzie tu lepiej.
- Jakim niby cudem lepiej, Iz? Ciągle pracuję, nie ma mnie w domu, nie będę mógł wziąć wolnego, bo mamy sprawę. Co Petra sobie w ogóle wyobraża? Marcel to nie zabawka, że może się go pozbyć, kiedy jej się znudzi.
Farlan i Isabel wymienili krótkie spojrzenia.
- Lee, Petra jest w ciąży.
Levi opadł na krzesło, patrząc na przyjaciół z niedowierzaniem.
- Nic mi nie mówiła.
Kobieta potarła kark w niezręcznym geście.
- Prawdopodobnie nie chciała... No wiesz.
Zapadła cisza, przerywana tylko odgłosami przejeżdżających na zewnątrz aut.
- Mały wie?
Isabel przytaknęła.
- Powiedzieli mu kilka dni temu. Okropnie zareagował, myślałam, że wiesz.
Farlan, widząc bezradność w postawie Leviego, wtrącił się.
- Izzy musi jutro wracać, ale ja zostanę na kilka dni. Zajmę się Marciem, poszukamy opiekunki albo przedszkola. Poradzimy sobie.
Kiedy Levi leżał już obok syna i patrzył na jego spokojnie śpiącą twarz, nie był taki pewien, że sobie poradzą. Zasnął dopiero nad ranem, próbując przegnać ciężkie myśli.
***
Levi wpadł na komisariat równo z czasem. Poranek był ciężki, Marcel obudził się, gdy Levi próbował wymknąć się do pracy i zaczął płakać. Uspokojenie go zajęło sporo czasu, dopiero pojawienie się Jinxa i obietnica lodów na deser zdołała oderwać Marcela od ojca. Levi był pewien, że na koszuli wciąż miał ślady zaciśniętych kurczowo małych rączek i łez.
- ... jest Ackermann? - usłyszał końcówkę słów Erwina.
- Tutaj - odezwał się, przyprawiając o zawał Arleta. Dzieciak aż podskoczył w górę.
'Ani słowa' - powiedział bezgłośnie w stronę Hanji, gdy ta otworzyła usta, by powiedzieć coś, niechybnie na temat jego nieco nieuporządkowanego wyglądu. Laborantka przytaknęła, patrząc na niego długo.
Kiedy Levi odwrócił wzrok w stronę Erwina, napotkał bystre spojrzenie blondyna. Po raz kolejny w trakcie ich znajomości to Levi pierwszy odwrócił wzrok, zbyt znużony i rozproszony, by bawić się teraz w ich zwykłe gierki. W głowie miał jeszcze listę miliona rzeczy do zrobienia i nieprzyjemną konieczność porozmawiania z Petrą. I jeszcze mniej przyjemną potrzebę porozmawiania z synem o tym dlaczego reagowanie szałem na wieści o przyszłym rodzeństwie jest kiepskie dla obu stron. Na samą myśl o tym sam miał ochotę kogoś kopnąć.
Erwin?
piątek, 22 maja 2020
"Old ways won't open new doors"
Erwin miał ochotę prychnąć. Nie lubił nieproszonych gości na komisariacie, zwłaszcza takich.
- Miło pana poznać, panie Church - odpowiedział Erwin mechanicznie, ściskając podaną mu rękę. Farlan, choć już działał mu na nerwy był intrygującą osobą. Trzeba było coś w sobie mieć żeby wparować na komendę i domagać się towarzystwa jednego z policjantów.
- Muszę pana rozczarować, ale Levi... - zaczął, omijając wszelkie grzecznościowe zwroty. - Ma robotę do wykonania - dokończył, łapiąc z za pleców nieproszonego gościa zmęczone spojrzenie Armina. To podsunęło mu pomysł.
- Choć... - dramatycznie zawiesił wypowiedź, ignorując piorunujące spojrzenie niskiego bruneta. - To może poczekać. Przepraszam, że go tak długo zatrzymałem - Erwin uśmiechnął się. Domyślił się, jak mocno musiało to zdenerwować Leviego, który wiedział, że akurat ta robota poczekać nie może. Niech dobrze bawią się na swoim spotkaniu. gdzie detektyw, swoją całą uwagę i tak będzie poświęcał sprawie. Tak też może być.
- Armin, ty też idź się przespać. Hanji... Ty rób swoje. Wyślij mi tylko swoje notatki - powiedział blondyn i odwrócił się na pięcie, by pójść w stronę swojego gabinetu. Może i jemu przyda się pójście do domu.
- Miło pana poznać, panie Church - odpowiedział Erwin mechanicznie, ściskając podaną mu rękę. Farlan, choć już działał mu na nerwy był intrygującą osobą. Trzeba było coś w sobie mieć żeby wparować na komendę i domagać się towarzystwa jednego z policjantów.
- Muszę pana rozczarować, ale Levi... - zaczął, omijając wszelkie grzecznościowe zwroty. - Ma robotę do wykonania - dokończył, łapiąc z za pleców nieproszonego gościa zmęczone spojrzenie Armina. To podsunęło mu pomysł.
- Choć... - dramatycznie zawiesił wypowiedź, ignorując piorunujące spojrzenie niskiego bruneta. - To może poczekać. Przepraszam, że go tak długo zatrzymałem - Erwin uśmiechnął się. Domyślił się, jak mocno musiało to zdenerwować Leviego, który wiedział, że akurat ta robota poczekać nie może. Niech dobrze bawią się na swoim spotkaniu. gdzie detektyw, swoją całą uwagę i tak będzie poświęcał sprawie. Tak też może być.
- Armin, ty też idź się przespać. Hanji... Ty rób swoje. Wyślij mi tylko swoje notatki - powiedział blondyn i odwrócił się na pięcie, by pójść w stronę swojego gabinetu. Może i jemu przyda się pójście do domu.
***
Erwin wysiadł z samochodu i otworzył drzwi prowadzące na klatkę schodową jego budynku. Gdy wszedł do mieszkania, od razu złapał kontakt wzrokowy z Garrenem. Zwierzak zasługiwał na kolację. Pewnie był głodny, choć jak co dzień przyszła do niego zaufana petsitterka. Patrząc na jedzącego buldożka, Erwin pozwolił sobie się zamyślić. Jak pokonać kogoś nie do pokonania? Mężczyzna zdjął swoją skórzaną kurtkę i zarzucił ją na oparcie kanapy, rozpinając górę jego koszuli. Gest ten przypomniał mu wcześniejszego nieproszonego gościa i tym razem prychnął już głośno. Blondyn potrząsnął głową. Nie chciał o tym myśleć. Zamiast tego, zaczął układać sobie w głowie plan.
***
Erwin pociągnął ze swojego kubka termicznego wypełnionego kawą. Wspiął się po schodach na komisariat, Garren drepczący za nim. Blondyn z pieskiem skierował się do swojego gabinetu, gdzie Garren automatycznie wskoczył na swoje posłanie, leżące niedaleko biurka. Było wcześnie, ale ludzie powoli już się gromadzili. Erwin dobrze wiedział, że za nie więcej niż parę minut pojawi się Arlelt. Dobrze, Erwin miał zadanie dla niego. Zanim jednak niski blondyn się pojawił, do biura wpakowała się Hanji. Garren tylko podniósł głowę by na nią spojrzeć, kładąc się jednak znów, jakby się rozmyślił.
- Są wieści - powiedziała, śpiewnym tonem. - Materiał znaleziony na miejscu zbrodni należy do kombinezonu ochronnego techników elektrycznych - powiedziała a Erwin podniósł brew do góry. Po co osobie mającej władzę nad elektrycznością kombinezon ochronny? Hanji jakby słyszała jego myśli odezwała się znów:
- Należał chyba do ofiary - dopowiedziała a blondyn pokiwał głową. Od drzwi dobiegło pukanie. Armin wetknął głowę do biura.
- Dzień dobry szefie - powiedział i kiwnął głową w stronę Hanji. Erwin poprosił go o podejście bliżej.
- Dobrze, że jesteś - odezwał się wysoki blondyn. - Pojedziesz do miejscowej elektrowni, popytasz o ofiarę. Jakbyś zauważył coś podejrzanego od razu się odezwij - powiedział szef do podwładnego, który kiwnął głową.
- Ja przygotuję konferencję prasową - odezwał się Erwin, wstając. Jego współpracownicy spojrzeli na niego zdziwieni. - Trzeba jakoś złapać kontakt z naszym mordercą, prawda? - Erwin uśmiechnął się tajemniczo. - Właśnie, gdzie jest Ackermann? - zastanowił się.
Levi? <3
sobota, 18 kwietnia 2020
seriously i just want to change the world with you guys
Matt otworzył drzwi balansując w rękach swoją kawę i mrożoną herbatę swojej siostry, a także małą brązową torbę. Zbliżała się godzina piętnasta, więc koniec jej wizyty u pana Moriego. Szczerze mówiąc, to nie wiedział, co ta dwójka robiła na ich spotkaniach, ale wierzył, że są one młodej potrzebne, więc był grzecznym starszym bratem i odbierał ją po, przynosząc jej jej ulubiony napój. Nie wiedział co pija pan Mori, więc zamiast tego przybył z ładnie pachnącą babeczką z truskawkami. Pracownik ośrodka dla omeg wyglądał, jakby potrzebował takiej muffinki raz na jakiś czas. Wiedząc, że brakuje jeszcze paru minut do trzeciej przysiadł na stołku w poczekalni. Na początku wszyscy przyglądali mu się nieco podejrzliwie, w końcu nie pasował za bardzo do takiego miejsca, teraz natomiast wszyscy go zgodnie ignorowali.
Drzwi jednego z pokojów otworzyły się i wyszła stamtąd Kat z panem Morim. Matt podniósł się ze swojego stołka. Jego siostra spojrzała na niego z uśmiechem i wyciągnęła dłoń po swój upragniony napój. Natychmiast napiła się i jej twarz rozpłynęła się z w uśmiech.
- Dzięki - mruknęła do Matta, który z głupim wyszczerzem na twarzy wyciągnął rękę z muffinką w stronę drobniejszego wilka.
- Nie byłem pewien co wziąć, ale mam nadzieję, że będzie panu smakować - powiedział, nadal radośnie, jakby nie widział podejrzliwości z jaką Mori spojrzał na torebkę. Wziął on ją jednak w swoje smukłe palce i kiwnął głową w stronę Matta w ramach podziękowania.
- Poczekaj jeszcze sekundę, wejdę do toalety - powiedziała dziewczyna i zostawiła dwójkę razem. Można by próbować powiedzieć, że zapadła niezręczna cisza, która w rzeczywistości była niezręczna tylko do Matta, który jako jedyny myślał o podtrzymaniu jakiejś rozmowy. W międzyczasie z innego pokoju wyszła kobieta, z dość z młodym dzieckiem, w wieku koło dwunastu, trzynastu lat, które widocznie dopiero co skończyło płakać. Zebrali się oni szybko do wyjścia, zostawiając zdziwionego Matta.
- Trafiają tu nawet tak młode osoby? - zapytał, patrząc na Moriego z oczami zranionego szczeniaczka. Mori westchnął.
- Każda omega, niezależnie co się stało, jest tu mile widziana - odpowiedział tylko. Matt nie wiedział w sumie co powiedzieć. Był pewien podziwu dla działalności ośrodka. Nie mógł być bardziej wdzięczny za pomoc jaką znalazła u nich Kat. Pokręcił głową, zamyślony.
- Co to za rzeczywistość w jakiej żyjemy - mruknął do siebie. Takie miejsca nie powinny nawet istnieć w dobrze funkcjonujących społeczeństwach. A mimo wszystko ciągle o uszy obijały się plotki o planach rządu, które wręcz jeszcze bardziej utrudniałyby omegom życie. Usłyszał westchnięcie.
- Ciekawe czyja to wina - mruknął wiecznie zaspany pracownik ośrodka. Jedyne co Mattowi pozostało to spuścić wzrok na swoje stopy. Czuł się jakby samą swoją obecnością mógł wyrządzić komuś jakąś krzywdę. Już wystarczyło, że dopuścił do tego, żeby Kat coś się stało. Kiedy był on za nią odpowiedzialny. Było to coś co krążyło po jego głowie odkąd pierwszy raz do niego z tym przyszła. Jednocześnie wiedział, że to nie jego wina, nie wina Kat, a tego niedojrzałego gówniarza, ale nie mógł powstrzymać poczucia, że mógł temu w jakiś sposób zaradzić.
- ... w porządku? - usłyszał. Spojrzał w górę na spokojną twarz swojej siostry. Kiwnął głową, wręczając jej z powrotem jej herbatę.
- Teraz gotowa? - uśmiechnął się w jej stronę. Dziewczyna zaczęła dziękować i żegnać się z panem Morim. Gdy wyszli, zawiał łagodny, lecz chłodny wiatr.
- Dzięki, że po mnie przyszedłeś - powiedziała Kat. Matt pokręcił głową z uśmiechem.
- Żaden problem, młoda - powiedział.
PaNiE MoRi??
Drzwi jednego z pokojów otworzyły się i wyszła stamtąd Kat z panem Morim. Matt podniósł się ze swojego stołka. Jego siostra spojrzała na niego z uśmiechem i wyciągnęła dłoń po swój upragniony napój. Natychmiast napiła się i jej twarz rozpłynęła się z w uśmiech.
- Dzięki - mruknęła do Matta, który z głupim wyszczerzem na twarzy wyciągnął rękę z muffinką w stronę drobniejszego wilka.
- Nie byłem pewien co wziąć, ale mam nadzieję, że będzie panu smakować - powiedział, nadal radośnie, jakby nie widział podejrzliwości z jaką Mori spojrzał na torebkę. Wziął on ją jednak w swoje smukłe palce i kiwnął głową w stronę Matta w ramach podziękowania.
- Poczekaj jeszcze sekundę, wejdę do toalety - powiedziała dziewczyna i zostawiła dwójkę razem. Można by próbować powiedzieć, że zapadła niezręczna cisza, która w rzeczywistości była niezręczna tylko do Matta, który jako jedyny myślał o podtrzymaniu jakiejś rozmowy. W międzyczasie z innego pokoju wyszła kobieta, z dość z młodym dzieckiem, w wieku koło dwunastu, trzynastu lat, które widocznie dopiero co skończyło płakać. Zebrali się oni szybko do wyjścia, zostawiając zdziwionego Matta.
- Trafiają tu nawet tak młode osoby? - zapytał, patrząc na Moriego z oczami zranionego szczeniaczka. Mori westchnął.
- Każda omega, niezależnie co się stało, jest tu mile widziana - odpowiedział tylko. Matt nie wiedział w sumie co powiedzieć. Był pewien podziwu dla działalności ośrodka. Nie mógł być bardziej wdzięczny za pomoc jaką znalazła u nich Kat. Pokręcił głową, zamyślony.
- Co to za rzeczywistość w jakiej żyjemy - mruknął do siebie. Takie miejsca nie powinny nawet istnieć w dobrze funkcjonujących społeczeństwach. A mimo wszystko ciągle o uszy obijały się plotki o planach rządu, które wręcz jeszcze bardziej utrudniałyby omegom życie. Usłyszał westchnięcie.
- Ciekawe czyja to wina - mruknął wiecznie zaspany pracownik ośrodka. Jedyne co Mattowi pozostało to spuścić wzrok na swoje stopy. Czuł się jakby samą swoją obecnością mógł wyrządzić komuś jakąś krzywdę. Już wystarczyło, że dopuścił do tego, żeby Kat coś się stało. Kiedy był on za nią odpowiedzialny. Było to coś co krążyło po jego głowie odkąd pierwszy raz do niego z tym przyszła. Jednocześnie wiedział, że to nie jego wina, nie wina Kat, a tego niedojrzałego gówniarza, ale nie mógł powstrzymać poczucia, że mógł temu w jakiś sposób zaradzić.
- ... w porządku? - usłyszał. Spojrzał w górę na spokojną twarz swojej siostry. Kiwnął głową, wręczając jej z powrotem jej herbatę.
- Teraz gotowa? - uśmiechnął się w jej stronę. Dziewczyna zaczęła dziękować i żegnać się z panem Morim. Gdy wyszli, zawiał łagodny, lecz chłodny wiatr.
- Dzięki, że po mnie przyszedłeś - powiedziała Kat. Matt pokręcił głową z uśmiechem.
- Żaden problem, młoda - powiedział.
PaNiE MoRi??
“When you’re outnumbered by trees your perspective shifts.”
Ostatnią partię wywarów Salvador skończył przygotowywać wraz ze wschodzącym słońcem. Pracował nocami przez całą pełnię, chcąc skorzystać z mocy księżyca w przygotowywaniu mikstur. Nic więc dziwnego, że wyglądał jak całkiem nieboskie stworzenie, wyczerpany. Babou, która zawsze była obecna, gdy przygotowywał silniejsze receptury, by użyczyć mu swojej mocy, spała już, równie znużona. Salvador powlókł się na zewnątrz, by wypuścić ptactwo i zostawić jedzenie dla Salem w kuchni. Po pełni dom zawsze wyglądał jak pobojowisko, pełen rozrzuconych składników, dziwnych plam i zostawionych brudnych naczyń.
Juno zjawiła się, gdy Salvador zbierał jajka, prawie zasypiając w kurniku.
- Ciężka noc? - spytała, wsadzając głowę do środka.
- Mhm...
- Biedne dziecko - westchnęła, pocierając jego ramiona.
- Chodź, załadujemy skrzynki i zrobimy ci śniadanie.
Salem biegała pomiędzy vanem a kuchnią, obserwując jak Juno i Salvador ładują kolejne buteleczki w drewniane skrzynki, zabezpieczając je gazetami. Większość eliksirów nie przepadała za plastikiem, gdy była jeszcze świeża, pozostawało więc pakować je w drewniane pudełka i szklane fiolki. Część mikstur, tak jak na przykład proszek przynoszący szczęście w staraniu się o dziecko mogły być pakowane tylko w określone rodzaje drewna - w tym wypadku brzozy. Juno długo studiowała jakie rodzaje opakowań będą najlepsze. Też była wiedźmą, w przeciwieństwie do Salvadora czystej krwi. Jej rodzina od pokoleń zajmowała się handlem, ich magia kochała złoto i gromadzenie. Juno śmiała się czasami, że nosi w sobie smoczą krew. Do spółki z Salvadorem prowadziła więc w mieście ich sklep alchemiczny. Miasto nie służyło Salowi ani jego magii, zajmował się więc samą alchemią i uprawą składników, podczas gdy Juno sprowadzała dla niego te trudniej dostępne i opiekowała się sklepem. Budynek ich sklepiku nosił w sobie jej magię i kochał ją do szaleństwa, tak jak stary leśny dom kochał Salvadora. Chowaniec Juno - śmieszna ruda kuna siedział na masce auta, obserwując kury.
- Pójdę spać na tydzień, mówię ci - westchnął Sal, kładąc głowę na stole.
- Zacznijmy może od drzemki - zaśmiała się Juno, gładząc go po rozwichrzonych włosach i wytrzepując z nich trochę słomy.
Po śniadaniu i szybkim pożegnaniu Salvador padł do łóżka, wtulając głowę w poduszkę i zasypiając niemal natychmiast. Babou ułożyła się na swojej poduszce na parapecie, obserwując leniwie świat za oknem.
Czarodziej obudził się dopiero wieczorem, nieco oszołomiony. Gdy wyszedł na zewnątrz, ogród wydawał się nieco niespokojny. Coś mu tu nie pasowało, jakby ktoś tu był, co nie miało najmniejszego sensu. Juno dawno pojechała, zresztą jego dom był już do niej przyzwyczajony, a magia jego babci chroniła posesję przed nieproszonymi gośćmi. Bardzo rzadko zdarzało się, by ktoś był w stanie trafić sam do jego chatki, bez pomocy Babou czy któregoś z jego przyjaciół. Salvador obejrzał się podejrzliwie na kotkę, ale ta spała w hamaku wśród owocowych drzew. Nie wyglądało na to, by miała ochotę na przyprowadzanie kogokolwiek. Salvador drgnął niespokojnie, słysząc poszczekiwanie Salem. Nieproszeni goście oznaczali zawsze coś bardzo dobrego lub bardzo złego. Nic pomiędzy.
Uwagę czarodzieja przykuł błysk fioletu. Ze zdumieniem odkrył swoje narcyzy, które przestały być żółte z niewiadomego powodu. Kwiaty nosiły najsilniejszą obcą energię. Salvador potrząsnął głową, patrząc na nie podejrzliwie. Nie wydawały się groźne. Może to tylko las płatał mu figle? Albo te przeklęte chochliki.
Zapadający zmrok nie pozwolił mu na głębsze zastanawianie się. Las po pełni był niespokojny i nawet ochronna magia jego babki mogłaby zawieść na zewnątrz. Dom i szklarnie chroniła połączona magia jego matki i jej rodziców, były więc bezpieczne, ale mieszkanie w środku starej puszczy, pełnej starożytnej magii sprawiało, że nocą nawet w ochronionym utkanymi przez jego babkę ogrodzie nie zawsze było bezpiecznie. Przyjaciele Salvadora wiedzieli, że nocą się nie wychodzi, nawet Salem trzymała się wieczorami domu. Tylko Salvador i Babou wypuszczali się w noc do ogrodu.
- Salem! Goń ptaki, idziemy do domu.
Zayden?
poniedziałek, 23 marca 2020
"Local dumbasses knew what they were getting themselves into and they still did it".
Złość. Czysta złość. Zayden maszerował znaną mu ścieżką za domem, tupiąc z furią swoimi krótkimi nogami. Gdy potknął się o samotną gałązkę zdecydował się ją podnieść i wsadzić w swoje włosy. Ot, tak. Bo świat nie ma prawa mu dyktować co może a co nie może robić.
- Cholerna Brenda - mruczał do siebie, pełen żałości i buntu. Myślami powędrował do wydarzeń ze szkoły, do tego, jak siedząca obok niego zupełnie przeciętna i nie wyróżniająca się nijak Brenda postanowiła zacząć się nabijać z jego wyniku z testu. To nie była jego wina, że zupełnie nie łapie literatury. Pani Jung powiedziała, że leki powinny mu pomóc się skoncentrować, ale nie widzi efektów i jest tym już tak bardzo, bardzo zmęczony. Serio, pierdolić Brendę. Nie wiedział, że szuka konkretnego miejsca ale gdy zawędrował w krąg Fae, zorientował się, że cały czas tam podążał. Klapnął na kamień posadzony idealnie w środku kręgu i westchnął dramatycznie. Nie było dnia, kiedy nie żałował, że to matka go nie przygarnęła, żeby mógł być częścią tej magicznej społeczności. Nie czuł się człowiekiem, regularne herbatki z myszami temu zaprzeczały, ale także nie miał wstępu do tamtej strony rzeczywistości. To było zupełnie okej. Stu procentowo fair. Wcale nie czuł się wykluczony przez obie strony. I jeszcze mają czelność kazać mu przechodzić przez nastoletni bunt. Z pogardą pomyślał o wszystkich bohaterkach filmów young adult, które mają problemy z chłopcami, które wywołują same, albo narzekają na problem, który wcale nie jest problemem, a on siedział w środku lasu, z gałęzią we włosach, przeklinając losy. Tak właściwie to nie przeklinał losów, był za mądry by się tak pogrążyć, bo tylko głupcy mieszają z losem ale było temu blisko.
- Co cię ugryzło? - usłyszał nieznajomy głosik i z westchnieniem zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu kawałków krakersów, które zawsze magicznie się tam znajdowały i spróbował zlokalizować swojego nowego przyjaciela. W końcu dostrzegł małą polną mysz kręcącą się wokół jego lewego buta i wyciągnął rękę z okruszkami w jej kierunku.
- Życie jest żmudne a ludzie męczący - znów westchnął dramatycznie. - Czasami marzę by świat się zaczął kończyć, bym mógł go uratować i żeby wszystko magicznie ułożyło się perfekcyjnie jak w tych wszystkich książkach - wymamrotał, patrząc na mysz, która akurat przerwała jedzenie krakersa.
- Chcesz przygód? - zapytała, a on kiwnął głową. - Nie wolisz być w swojej bezpiecznej norce? - Zayden pokręcił głową.
- Mogę ci pokazać przygodę - zaproponował mu mały kompan. Uszy rudzielca drgnęły z ciekawością.
- Tak, proszę! Zrób to dla mnie - wyszeptał żałosnym tonem, pokładając wszystkie swoje nadzieje w tyciej myszy.
- To chodź za mną - usłyszał pisk i zaczął ze skupieniem podążać za myszą, której sierść uparcie mieszała się z podłożem. Zorientował się, że nie patrzył przed siebie, tylko pod nogi, gdy prawie wszedł w płot. Nie był to wysoki płot, per se, ale byłoby to uciążliwe gdyby wszedł w płot.
Rozejrzał się wokół siebie. Mysz go zaprowadziła w okolice jakiegoś małego domku, otoczonego bogatym ogródkiem. Było to miejsce tak pełne magii i dziwów, że zmysły chłopca dostawały szału. Zayden stwierdził, że w takim razie nie będzie przekraczał granicy ogrodzenia, tak powinno być bezpieczniej. Była to kiepska przygoda, ale może się zabawić. Jego spojrzenie padło na narcyzy rosnące pod płotem. Nachylił się przez płot by dotknąć ich pięknych, żółtych kwiatów.
- Co my tu mamy - szepnął do siebie i uśmiechnął się. Wystarczyło parę szeptów, by przekonać narcyzy na porzucenie swojej żółtej barwy, by oblały się jaskrawą purpurą. Wróci tu za parę dni i zrobi trochę więcej chaosu. Narazie wraca do domu. Czemu nie.
Sal?
- Cholerna Brenda - mruczał do siebie, pełen żałości i buntu. Myślami powędrował do wydarzeń ze szkoły, do tego, jak siedząca obok niego zupełnie przeciętna i nie wyróżniająca się nijak Brenda postanowiła zacząć się nabijać z jego wyniku z testu. To nie była jego wina, że zupełnie nie łapie literatury. Pani Jung powiedziała, że leki powinny mu pomóc się skoncentrować, ale nie widzi efektów i jest tym już tak bardzo, bardzo zmęczony. Serio, pierdolić Brendę. Nie wiedział, że szuka konkretnego miejsca ale gdy zawędrował w krąg Fae, zorientował się, że cały czas tam podążał. Klapnął na kamień posadzony idealnie w środku kręgu i westchnął dramatycznie. Nie było dnia, kiedy nie żałował, że to matka go nie przygarnęła, żeby mógł być częścią tej magicznej społeczności. Nie czuł się człowiekiem, regularne herbatki z myszami temu zaprzeczały, ale także nie miał wstępu do tamtej strony rzeczywistości. To było zupełnie okej. Stu procentowo fair. Wcale nie czuł się wykluczony przez obie strony. I jeszcze mają czelność kazać mu przechodzić przez nastoletni bunt. Z pogardą pomyślał o wszystkich bohaterkach filmów young adult, które mają problemy z chłopcami, które wywołują same, albo narzekają na problem, który wcale nie jest problemem, a on siedział w środku lasu, z gałęzią we włosach, przeklinając losy. Tak właściwie to nie przeklinał losów, był za mądry by się tak pogrążyć, bo tylko głupcy mieszają z losem ale było temu blisko.
- Co cię ugryzło? - usłyszał nieznajomy głosik i z westchnieniem zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu kawałków krakersów, które zawsze magicznie się tam znajdowały i spróbował zlokalizować swojego nowego przyjaciela. W końcu dostrzegł małą polną mysz kręcącą się wokół jego lewego buta i wyciągnął rękę z okruszkami w jej kierunku.
- Życie jest żmudne a ludzie męczący - znów westchnął dramatycznie. - Czasami marzę by świat się zaczął kończyć, bym mógł go uratować i żeby wszystko magicznie ułożyło się perfekcyjnie jak w tych wszystkich książkach - wymamrotał, patrząc na mysz, która akurat przerwała jedzenie krakersa.
- Chcesz przygód? - zapytała, a on kiwnął głową. - Nie wolisz być w swojej bezpiecznej norce? - Zayden pokręcił głową.
- Mogę ci pokazać przygodę - zaproponował mu mały kompan. Uszy rudzielca drgnęły z ciekawością.
- Tak, proszę! Zrób to dla mnie - wyszeptał żałosnym tonem, pokładając wszystkie swoje nadzieje w tyciej myszy.
- To chodź za mną - usłyszał pisk i zaczął ze skupieniem podążać za myszą, której sierść uparcie mieszała się z podłożem. Zorientował się, że nie patrzył przed siebie, tylko pod nogi, gdy prawie wszedł w płot. Nie był to wysoki płot, per se, ale byłoby to uciążliwe gdyby wszedł w płot.
Rozejrzał się wokół siebie. Mysz go zaprowadziła w okolice jakiegoś małego domku, otoczonego bogatym ogródkiem. Było to miejsce tak pełne magii i dziwów, że zmysły chłopca dostawały szału. Zayden stwierdził, że w takim razie nie będzie przekraczał granicy ogrodzenia, tak powinno być bezpieczniej. Była to kiepska przygoda, ale może się zabawić. Jego spojrzenie padło na narcyzy rosnące pod płotem. Nachylił się przez płot by dotknąć ich pięknych, żółtych kwiatów.
- Co my tu mamy - szepnął do siebie i uśmiechnął się. Wystarczyło parę szeptów, by przekonać narcyzy na porzucenie swojej żółtej barwy, by oblały się jaskrawą purpurą. Wróci tu za parę dni i zrobi trochę więcej chaosu. Narazie wraca do domu. Czemu nie.
Sal?
czwartek, 26 grudnia 2019
“We share a bond. We have a piece of strong, invisible thread connecting us. It’s indestructible – it can never be broken. The thread is the key item that links us together.”
Kary koń wpadł na podwórze z impetem, parskając i tłukąc kopytami w wilgotną ziemię nawet po zatrzymaniu. Za nim leciał kruk, krążąc chwilę nad pałacem, w oczekiwaniu na jeźdźca, który zeskoczył z konia, rzucając wodze na wpół rozbudzonemu stajennemu. Świt dopiero różowił niebo, ale młody książę wyglądał na zbyt podekscytowanego, by zważać na wczesną porę. Ptak wylądował na jego ramieniu, pozostając na nim nawet kiedy książę rzucił się biegiem do wschodniego skrzydła. Korytarze wciąż były jeszcze puste, poza okazjonalnym służącym, rzucającym następcy tronu, zwykle tak uporządkowanemu i skupionemu zdumione spojrzenie. Nic dziwnego, jego włosy nie były splecione i tylko ich część wyglądała na rozczesaną. Ubranie miał nieuporządkowane, rozchełstaną górę i luźny pas. Za to jego oczy lśniły wręcz radością.
Ptak na jego ramieniu zatrzepotał skrzydłami, gdy książę zatrzymał się przed drzwiami, bębniąc w nie zapamiętale. Te otworzyły się, nim Fenris zdążył stracić cierpliwość i spotkały go jeszcze zbyt zaspane, by być zdziwione oczy.
- Wasza wysokość?
Książę wpakował się do środka nie zważając na protesty, które zresztą wcale nie nadeszły.
- Daruj sobie tytuły, nikogo nie ma o tej porze. Nie zgadniesz co się stało!
Brutalnie rozbudzony osobnik wydał z siebie ciężkie westchnienie, które umknęło niezauważone w ogromie entuzjazmu księcia.
- Coś na pewno. Na bogów, Fenris, jak ty wyglądasz?
Dopiero wtedy książę miał czelność spojrzeć w dół i z zawstydzeniem doprowadzić się do względnego porządku.
- Cóż, musisz mi to wybaczyć, Lorcan przyleciał kiedy jeszcze spałem.
Na dźwięk swojego imienia kruk nastroszył pióra.
- Otsana też jeszcze spała, więc ubrałem się sam. Pewnie już jej donieśli, że mnie nie ma. Ale to nie ważne, ważny jest list! Feyre jest już niedaleko, kiedy do mnie pisała, zatrzymywali się by dać odpocząć koniom, zanim zaczną przekraczać Czerwony Jar. Mają ze sobą wozy, ale jeśli dobrze liczę powinna być tu za jakieś trzy godziny. Nie zamierzam budzić króla, zresztą i tak nie pozwoliłby mi po nią wyjechać. Pojedziesz ze mną?
Xaun potrząsnął głową, spoglądając na zaaferowanego księcia ze skrywanym uśmiechem. Od kiedy potwierdzono to, że zostanie następcą tronu rzadko tracił panowanie nad sobą i za każdym razem maczała w tym palce jego siostra. Tylko ona sprawiała, że maska rozsądnego, pewnego siebie władcy spływała z jego twarzy z taką gwałtownością, ukazując chłopca. Może genialnego manipulatora, ale nadal młodego i niedojrzałego.
- Oczywiście, że pojadę. I weźmiemy ze sobą straż. Skoro mamy trzy godziny, poczekaj na mnie i wrócimy do ciebie. Mamy czas.
- Ach, tak, faktycznie. Prawie zapomniałem, że mąż Fey też tam będzie. Podobno wziął ze sobą barda i mnóstwo zbędnych rzeczy, zdaje się zapominać, że w tym momencie jest już tylko śmiesznym, upadłym królem. Cóż, może ja powinienem wyglądać przynajmniej na poważnego księcia, skoro jeden z nas ma zawodzić w swojej roli.
Zgodnie z planem, na piaszczystym podłożu przed stajnią księcia stanęły dwa konie - jeden kary, drugi srokaty, za nimi szczuplejsze, identycznie nijakie wierzchowce straży. Gdy tylko stopy księcia dotknęły ziemi, z budynku wyszła siwiejąca kobieta, załamująca ręce na widok swojego podopiecznego.
- Wasza wysokość, jak panicz wygląda. Tak nie można, nie jest już książę dzieckiem.
Kobieta skinęła głową w kierunku Xauna w powitaniu, gdy Fenris próbował się bronić.
- Ale, Otsano, moja siostra napisała. Jest już niedaleko, mamy niewiele czasu, chcę po nią wyjechać.
- To nie powód, by wychodzić nieubrany. Ale dobrze, niech już waszej wysokości będzie. Zaraz coś zaradzimy.
Tym sposobem książę został usadzony na środku umywalni, kiedy służące kręciły się wokół. Sama Otsana czesała włosy swojego wychowanka, upinając je zgodnie z zasadami dworu i kręcąc przy tym głową z dezaprobatą. Spuszczony na moment z czujnego oka Fenris posłał Xaunowi uśmiech, by zaraz skrzywić się nieznacznie, gdy pociągnięto go za włosy.
Dopiero świeżo przebrany i uczesany Fenris wyglądał jak prawowity następca tronu - w głęboko czarnych szatach, naszyjnikiem z kruczą czaszką, królewskim pierścieniem z onyksem, długich włosach spływających po plecach i krukiem na ramieniu.
- Ruszajmy, zmarnowałem już dość czasu.
Książę uciekł na tyle szybko, by nie słyszeć rozdrażnionego fuknięcia Otsany.
W czasie jazdy Fenris gadał jak najęty, opowiadając ściszonym głosem o zamachu stanu.
- Młodszy brat księcia Nasiaby jest zdaniem Feyre dużo bardziej kompetentny, ma jej szacunek. Nawet nie wiesz jak ona jest teraz wściekła, oni oboje omal nie zginęli, ze względu na głupotę jej męża. Ojciec też ma serdecznie dość całej tej sytuacji i zapowiedział, że odeśle ich oboje do Ciacohon. Już widzę jak mu się uda.
W pewnym momencie na jasnym już niebie pojawił się drugi kruk, ten nieco mniejszy, lecąc w stronę księcia z krakaniem. Książę powitał go radosnym okrzykiem. Wylądował nieco chwiejnie na ramieniu Xauna, wbijając boleśnie pazury, wciąż jeszcze młody i nienawykły do części powietrznych manewrów.
- Sitara! Feyre jest już bardzo blisko, tak?
Ptak odpowiedział mu swoim chrapliwym głosem, a książę pospieszył swoją klacz, zmuszając ją do do galopu. Nawoływania straży puścił mimo uszu, długie włosy i szerokie rękawy szaty szamocząc się na wietrze jak krucze skrzydła.
Z naprzeciwka wyszedł mu na spotkanie samotny jeździec, wyłaniając się za wzgórza. Jego koń biegł wolniej, wyraźnie zmęczony. Spotkali się w połowie, zwalniając i wreszcie zatrzymując się. Przez chwilę rodzeństwo patrzyło na siebie z końskich grzbietów, by wreszcie zeskoczyć. Feyre zamknęła brata w ciasnym uścisku, ignorując pozostałych jeźdźców, którym dopiero udało się ich dopędzić. Z jej strony wciąż nie było widać nikogo. Dopiero po długiej chwili księżniczka puściła brata, spoglądając na pozostałych.
- Xaun, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale ciebie też miło widzieć. Wszystko miło wiedzieć. Bogowie, jak ja nienawidzę Nasiaby. Nienawidzę każdej jednej rzeczy tam.
- A najbardziej nienawidzę tego durnia - dodała ciszej, spoglądając w stronę nadchodzącego orszaku.
Pochód nie wyglądał wcale na ucieczkę, nawet konie były przystrojone, pomimo widocznego w nich wyczerpania.
- Nie pozwolił zmienić koni na granicy ani nawet zdjąć z nich tych głupich stroików. Powiedział, że nie będzie jechał na wiejskiej szkapie.
Książę wyprostował się, znów przybierając na twarz wypraną z emocji maskę, by powitać nadchodzących.
Z orszaku wyrwała się jednak samotna sylwetka, także konna, na mniejszym jednak wierzchowcu, bardziej podobnemu tych Fenrisa i Xauna. Koń Feyre był wyraźnie mocniej zbudowany, ciężki i twardy, bojowy, nie z tych suchych i wytrzymałych charakterystycznych dla stepów Królestwa. Jeździec prowadził się sprawnie, utrzymując równowagę nawet w chwili gdy zeskoczył jeszcze zanim jego koń zdołał się zatrzymać. W kilku krokach dotarł do rodzeństwa, zatrzymując się o krok za Fey, po czy ukłonił się głęboko w stronę Fenrisa i nieco bardziej płytko w stronę Xauna.
- Wasza wysokość. Pani, pan rozkazuje ci wrócić - odezwał się.
- Daj sobie spokój, Sorin.
Na te słowa chłopak rozluźnił się wyraźnie, rzucając księżniczce ostre spojrzenie.
- Będzie miał za to nasze głowy na srebrnym talerzu - wymamrotał, oglądając się na wóz, po czym wlepił oczy w Fenrisa. Gdy ten złapał jego spojrzenie, Sorin odwrócił wzrok, zmieszany.
Z orszaku wyrwała się jednak samotna sylwetka, także konna, na mniejszym jednak wierzchowcu, bardziej podobnemu tych Fenrisa i Xauna. Koń Feyre był wyraźnie mocniej zbudowany, ciężki i twardy, bojowy, nie z tych suchych i wytrzymałych charakterystycznych dla stepów Królestwa. Jeździec prowadził się sprawnie, utrzymując równowagę nawet w chwili gdy zeskoczył jeszcze zanim jego koń zdołał się zatrzymać. W kilku krokach dotarł do rodzeństwa, zatrzymując się o krok za Fey, po czy ukłonił się głęboko w stronę Fenrisa i nieco bardziej płytko w stronę Xauna.
- Wasza wysokość. Pani, pan rozkazuje ci wrócić - odezwał się.
- Daj sobie spokój, Sorin.
Na te słowa chłopak rozluźnił się wyraźnie, rzucając księżniczce ostre spojrzenie.
- Będzie miał za to nasze głowy na srebrnym talerzu - wymamrotał, oglądając się na wóz, po czym wlepił oczy w Fenrisa. Gdy ten złapał jego spojrzenie, Sorin odwrócił wzrok, zmieszany.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)