czwartek, 26 grudnia 2019

“We share a bond. We have a piece of strong, invisible thread connecting us. It’s indestructible – it can never be broken. The thread is the key item that links us together.”

Kary koń wpadł na podwórze z impetem, parskając i tłukąc kopytami w wilgotną ziemię nawet po zatrzymaniu. Za nim leciał kruk, krążąc chwilę nad pałacem, w oczekiwaniu na jeźdźca, który zeskoczył z konia, rzucając wodze na wpół rozbudzonemu stajennemu. Świt dopiero różowił niebo, ale młody książę wyglądał na zbyt podekscytowanego, by zważać na wczesną porę. Ptak wylądował na jego ramieniu, pozostając na nim nawet kiedy książę rzucił się biegiem do wschodniego skrzydła. Korytarze wciąż były jeszcze puste, poza okazjonalnym służącym, rzucającym następcy tronu, zwykle tak uporządkowanemu i skupionemu zdumione spojrzenie. Nic dziwnego, jego włosy nie były splecione i tylko ich część wyglądała na rozczesaną. Ubranie miał nieuporządkowane, rozchełstaną górę i luźny pas. Za to jego oczy lśniły wręcz radością.
Ptak na jego ramieniu zatrzepotał skrzydłami, gdy książę zatrzymał się przed drzwiami, bębniąc w nie zapamiętale. Te otworzyły się, nim Fenris zdążył stracić cierpliwość i spotkały go jeszcze zbyt zaspane, by być zdziwione oczy. 
- Wasza wysokość?
Książę wpakował się do środka nie zważając na protesty, które zresztą wcale nie nadeszły. 
- Daruj sobie tytuły, nikogo nie ma o tej porze. Nie zgadniesz co się stało!
Brutalnie rozbudzony osobnik wydał z siebie ciężkie westchnienie, które umknęło niezauważone w ogromie entuzjazmu księcia. 
- Coś na pewno. Na bogów, Fenris, jak ty wyglądasz? 
Dopiero wtedy książę miał czelność spojrzeć w dół i z zawstydzeniem doprowadzić się do względnego porządku. 
- Cóż, musisz mi to wybaczyć, Lorcan przyleciał kiedy jeszcze spałem. 
Na dźwięk swojego imienia kruk nastroszył pióra.
- Otsana też jeszcze spała, więc ubrałem się sam. Pewnie już jej donieśli, że mnie nie ma. Ale to nie ważne, ważny jest list! Feyre jest już niedaleko, kiedy do mnie pisała, zatrzymywali się by dać odpocząć koniom, zanim zaczną przekraczać Czerwony Jar. Mają ze sobą wozy, ale jeśli dobrze liczę powinna być tu za jakieś trzy godziny. Nie zamierzam budzić króla, zresztą i tak nie pozwoliłby mi po nią wyjechać. Pojedziesz ze mną? 
Xaun potrząsnął głową, spoglądając na zaaferowanego księcia ze skrywanym uśmiechem. Od kiedy potwierdzono to, że zostanie następcą tronu rzadko tracił panowanie nad sobą i za każdym razem maczała w tym palce jego siostra. Tylko ona sprawiała, że maska rozsądnego, pewnego siebie władcy spływała z jego twarzy z taką gwałtownością, ukazując chłopca. Może genialnego manipulatora, ale nadal młodego i niedojrzałego. 
- Oczywiście, że pojadę. I weźmiemy ze sobą straż. Skoro mamy trzy godziny, poczekaj na mnie i wrócimy do ciebie. Mamy czas. 
- Ach, tak, faktycznie. Prawie zapomniałem, że mąż Fey też tam będzie. Podobno wziął ze sobą barda i mnóstwo zbędnych rzeczy, zdaje się zapominać, że w tym momencie jest już tylko śmiesznym, upadłym królem. Cóż, może ja powinienem wyglądać przynajmniej na poważnego księcia, skoro jeden z nas ma zawodzić w swojej roli. 
Zgodnie z planem, na piaszczystym podłożu przed stajnią księcia stanęły dwa konie - jeden kary, drugi srokaty, za nimi szczuplejsze, identycznie nijakie wierzchowce straży. Gdy tylko stopy księcia dotknęły ziemi, z budynku wyszła siwiejąca kobieta, załamująca ręce na widok swojego podopiecznego.
- Wasza wysokość, jak panicz wygląda. Tak nie można, nie jest już książę dzieckiem. 
Kobieta skinęła głową w kierunku Xauna w powitaniu, gdy Fenris próbował się bronić.
- Ale, Otsano, moja siostra napisała. Jest już niedaleko, mamy niewiele czasu, chcę po nią wyjechać.
- To nie powód, by wychodzić nieubrany. Ale dobrze, niech już waszej wysokości będzie. Zaraz coś zaradzimy. 
Tym sposobem książę został usadzony na środku umywalni, kiedy służące kręciły się wokół. Sama Otsana czesała włosy swojego wychowanka, upinając je zgodnie z zasadami dworu i kręcąc przy tym głową z dezaprobatą. Spuszczony na moment z czujnego oka Fenris posłał Xaunowi uśmiech, by zaraz skrzywić się nieznacznie, gdy pociągnięto go za włosy. 
Dopiero świeżo przebrany i uczesany Fenris wyglądał jak prawowity następca tronu - w głęboko czarnych szatach, naszyjnikiem z kruczą czaszką, królewskim pierścieniem z onyksem, długich włosach spływających po plecach i krukiem na ramieniu. 
- Ruszajmy, zmarnowałem już dość czasu. 
Książę uciekł na tyle szybko, by nie słyszeć rozdrażnionego fuknięcia Otsany. 
W czasie jazdy Fenris gadał jak najęty, opowiadając ściszonym głosem o zamachu stanu. 
- Młodszy brat księcia Nasiaby jest zdaniem Feyre dużo bardziej kompetentny, ma jej szacunek. Nawet nie wiesz jak ona jest teraz wściekła, oni oboje omal nie zginęli, ze względu na głupotę jej męża. Ojciec też ma serdecznie dość całej tej sytuacji i zapowiedział, że odeśle ich oboje do Ciacohon. Już widzę jak mu się uda. 
W pewnym momencie na jasnym już niebie pojawił się drugi kruk, ten nieco mniejszy, lecąc w stronę księcia z krakaniem. Książę powitał go radosnym okrzykiem. Wylądował nieco chwiejnie na ramieniu Xauna, wbijając boleśnie pazury, wciąż jeszcze młody i nienawykły do części powietrznych manewrów. 
- Sitara! Feyre jest już bardzo blisko, tak?
Ptak odpowiedział mu swoim chrapliwym głosem, a książę pospieszył swoją klacz, zmuszając ją do do galopu. Nawoływania straży puścił mimo uszu, długie włosy i szerokie rękawy szaty szamocząc się na wietrze jak krucze skrzydła. 
Z naprzeciwka wyszedł mu na spotkanie samotny jeździec, wyłaniając się za wzgórza. Jego koń biegł wolniej, wyraźnie zmęczony. Spotkali się w połowie, zwalniając i wreszcie zatrzymując się. Przez chwilę rodzeństwo patrzyło na siebie z końskich grzbietów, by wreszcie zeskoczyć. Feyre zamknęła brata w ciasnym uścisku, ignorując pozostałych jeźdźców, którym dopiero udało się ich dopędzić. Z jej strony wciąż nie było widać nikogo. Dopiero po długiej chwili księżniczka puściła brata, spoglądając na pozostałych. 
- Xaun, nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale ciebie też miło widzieć. Wszystko miło wiedzieć. Bogowie, jak ja nienawidzę Nasiaby. Nienawidzę każdej jednej rzeczy tam. 
- A najbardziej nienawidzę tego durnia - dodała ciszej, spoglądając w stronę nadchodzącego orszaku. 
Pochód nie wyglądał wcale na ucieczkę, nawet konie były przystrojone, pomimo widocznego w nich wyczerpania. 
- Nie pozwolił zmienić koni na granicy ani nawet zdjąć z nich tych głupich stroików. Powiedział, że nie będzie jechał na wiejskiej szkapie. 
Książę wyprostował się, znów przybierając na twarz wypraną z emocji maskę, by powitać nadchodzących.
Z orszaku wyrwała się jednak samotna sylwetka, także konna, na mniejszym jednak wierzchowcu, bardziej podobnemu tych Fenrisa i Xauna. Koń Feyre był wyraźnie mocniej zbudowany, ciężki i twardy, bojowy, nie z tych suchych i wytrzymałych charakterystycznych dla stepów Królestwa. Jeździec prowadził się sprawnie, utrzymując równowagę nawet w chwili gdy zeskoczył jeszcze zanim jego koń zdołał się zatrzymać. W kilku krokach dotarł do rodzeństwa, zatrzymując się o krok za Fey, po czy ukłonił się głęboko w stronę Fenrisa i nieco bardziej płytko w stronę Xauna.
- Wasza wysokość. Pani, pan rozkazuje ci wrócić - odezwał się.
- Daj sobie spokój, Sorin.
Na te słowa chłopak rozluźnił się wyraźnie, rzucając księżniczce ostre spojrzenie.
- Będzie miał za to nasze głowy na srebrnym talerzu - wymamrotał, oglądając się na wóz, po czym wlepił oczy w Fenrisa. Gdy ten złapał jego spojrzenie, Sorin odwrócił wzrok, zmieszany. 

sobota, 14 grudnia 2019

"My silver spoon has fed me good"

- Ian? Ian!
Uderzenie w tył głowy przywróciło go do rzeczywistości. Paul stał obok, patrząc zirytowany na butelkę wody wciąż zaciśniętą w jego dłoniach. Bez słowa Ian podał mu ją, odpychając się od ławki, by ściągnąć przez głowę przesiąkniętą potem koszulkę. Trener dał im dzisiaj w kość i jego wściekły głos wciąż brzmiał w uszach Iana.
- Co cię dzisiaj opętało, myślałem, że Matthews oderwie ci łeb. Ogarnij się przed następnym meczem.
Reszta słów Paula utonęła, gdy Ian poszedł pod prysznic. 
Rzeczywiście, był jak nie on, ale powodów tego nie mógł znać ani trener ani drużyna. Nauczyciele byli wyjątkowo zdeterminowani, żeby udupić swoich podopiecznych, więc Ian nie miał fizycznie czasu, by wyrwać się z miasta i pojechać do domu watahy i przemienić się chociaż na kilka godzin, Tęsknił za uczuciem lasu pulsującego życiem dookoła niego, kiedy stawał się jednością z naturą, tęsknił za pływaniem w chłodnym jeziorze i beztroskim schnięciem w trakcie drzemek na ciepłym piasku. Tęsknił nawet za bólem przemiany, bólem łamiących się, przekształcających kości. Zdawał się tęsknić wręcz fizycznie, jak narkoman, tracąc zwykłą kontrolę nad swoimi emocjami i możliwość skupienia. Nawet wysiłek fizyczny, który pomagał w przeszłości teraz nic nie dawał, ba, zdawał się nawet podsycać pragnienie wyrwania się z ludzkiego ciała. Trzymanie nerwów na wodzy stawało się coraz trudniejsze i jeśli ktoś nie zrobi czegoś wkrótce, Ian przysięgał, że zwariuje. 
- Zaruchaj stary i ci przejdzie - rechot Bruce'a i ciężka ręka spadająca na jego ramię, gdy ubierał się, kapiąc wodą na koszulkę sprawiła, że przeszedł go dreszcz obrzydzenia. 
No tak, Allison. Unikanie Allison było jak próba nauczenia Bruce'a fizyki, niemożliwe. Magicznie znajdowała go zawsze, nieważne, gdzie by się nie wcisnął. Trening cheerleaderek skończył się już jednak jakiś czas temu i Ian miał ogromne nadzieje, że Allie zniknęła gdzieś w towarzystwie swoich chichoczących koleżanek. 
- Dzięki - wymamrotał pod nosem Ian, wpychając wszystkie swoje rzeczy do gimnastycznej torby. Zaczynała go już boleć głowa, a kiedy zobaczył powiadomienia o nieodczytanych wiadomościach od Allison, delikatne ćmienie z tyłu czaszki przerodziło się w migrenę. 
***
Ian naprawdę lubił większość imprez, na których bywał. Na sporej części jego kumple upijali się na tyle, że mógł patrzeć na ładnych chłopców, bo nikt się nie orientował, a alkohol rozmywał poczucie winy. Czasami kiedy na imprezę trafiały osoby spoza ich szkoły i ładny chłopiec łapał jego wzrok, zamiast lęku i szybkiej ucieczki spotykało go zachęcające mrugnięcie, czy uśmiech. Nigdy nie odpowiedział na zaproszenie, uciekając wzrokiem, ale sam fakt bycia zauważonym, chociaż na chwilę był przyjemny. Czasami, kiedy Allison zamieniała się w "typową Allie" i upijała do wręcz nieprzytomności, rysy ładnych chłopców wypełniało nagle obrzydzenie albo, co gorsza, litość, kiedy dziewczyna wpychała się na kolana Iana, czepiała jego szyi, całując agresywnie prosto w ust. Typowa Allie zawsze oznaczała seks albo jeśli Ian miał szczęście i dziewczyna była już zbyt pijana, tylko jego próbę. Skutkiem takich imprez zawsze były dziwne wspólne zdjęcia na insta, najczęściej w momencie kiedy byli tylko tipsy, bo Allison miała manię na punkcie tego, że zdjęcia musiały wyglądać idealnie. Robiła ich miliony, w różnym świetle, z różną pozą. Nie żeby Ian ją oceniał, oboje mieli wizerunek do utrzymania. Dlatego nie protestował, kiedy ukradła mu telefon i przez następne kilkanaście minut układała go w różnych pozach, by w końcu wybrać zdjęcie i edytować je przez następną chwilę. Dopiero po wstawieniu go na portal dała się Ianowi ruszyć z kanapy, po czym uciekła w poszukiwaniu swoich przyjaciółek, całując go szybko w usta. Allison nie była głupia i czuła, że Ian nie miał ochoty być na imprezie, na którą go zaciągnęła. Pokłócili się o to nawet, a kłócili się rzadko. Po odbębnieniu trzech godzin, w czasie których miał ochotę gryźć ścianę i rzucić w kogoś butelką, Ian wrócił do domu. 
***
Ian marzył o lesie, kiedy zakotłowało się obok niego na szkolnym korytarzu. Z bezmyślnego snu na jawie wyrwał go głos Paula, pełen agresji, niemal wiszącej w powietrzu. Wszystko potoczyło się tak szybko, gdy jego serce próbowało nadążyć, bijąc zbyt szybko, a umysł, wyrwany z marzeń, wciąż zdawał się reagować zbyt wolno, sparaliżowany lękiem, mimo że ta wściekłość nie była nawet skierowana w jego kierunku. Na moment złapał wzrok chłopaka, którego tym razem wzięli sobie na cel jego koledzy, ale wolałby tego nie zrobić. Nie kojarzył go, nie pamiętał, ale to spojrzenie będzie go prześladowało. Resztki tego zwierzęcego lęku opuściły go dopiero godziny później, kiedy skryty we własnym pokoju mógł się rozpłakać. 

Obserwatorzy