sobota, 14 grudnia 2019

"My silver spoon has fed me good"

- Ian? Ian!
Uderzenie w tył głowy przywróciło go do rzeczywistości. Paul stał obok, patrząc zirytowany na butelkę wody wciąż zaciśniętą w jego dłoniach. Bez słowa Ian podał mu ją, odpychając się od ławki, by ściągnąć przez głowę przesiąkniętą potem koszulkę. Trener dał im dzisiaj w kość i jego wściekły głos wciąż brzmiał w uszach Iana.
- Co cię dzisiaj opętało, myślałem, że Matthews oderwie ci łeb. Ogarnij się przed następnym meczem.
Reszta słów Paula utonęła, gdy Ian poszedł pod prysznic. 
Rzeczywiście, był jak nie on, ale powodów tego nie mógł znać ani trener ani drużyna. Nauczyciele byli wyjątkowo zdeterminowani, żeby udupić swoich podopiecznych, więc Ian nie miał fizycznie czasu, by wyrwać się z miasta i pojechać do domu watahy i przemienić się chociaż na kilka godzin, Tęsknił za uczuciem lasu pulsującego życiem dookoła niego, kiedy stawał się jednością z naturą, tęsknił za pływaniem w chłodnym jeziorze i beztroskim schnięciem w trakcie drzemek na ciepłym piasku. Tęsknił nawet za bólem przemiany, bólem łamiących się, przekształcających kości. Zdawał się tęsknić wręcz fizycznie, jak narkoman, tracąc zwykłą kontrolę nad swoimi emocjami i możliwość skupienia. Nawet wysiłek fizyczny, który pomagał w przeszłości teraz nic nie dawał, ba, zdawał się nawet podsycać pragnienie wyrwania się z ludzkiego ciała. Trzymanie nerwów na wodzy stawało się coraz trudniejsze i jeśli ktoś nie zrobi czegoś wkrótce, Ian przysięgał, że zwariuje. 
- Zaruchaj stary i ci przejdzie - rechot Bruce'a i ciężka ręka spadająca na jego ramię, gdy ubierał się, kapiąc wodą na koszulkę sprawiła, że przeszedł go dreszcz obrzydzenia. 
No tak, Allison. Unikanie Allison było jak próba nauczenia Bruce'a fizyki, niemożliwe. Magicznie znajdowała go zawsze, nieważne, gdzie by się nie wcisnął. Trening cheerleaderek skończył się już jednak jakiś czas temu i Ian miał ogromne nadzieje, że Allie zniknęła gdzieś w towarzystwie swoich chichoczących koleżanek. 
- Dzięki - wymamrotał pod nosem Ian, wpychając wszystkie swoje rzeczy do gimnastycznej torby. Zaczynała go już boleć głowa, a kiedy zobaczył powiadomienia o nieodczytanych wiadomościach od Allison, delikatne ćmienie z tyłu czaszki przerodziło się w migrenę. 
***
Ian naprawdę lubił większość imprez, na których bywał. Na sporej części jego kumple upijali się na tyle, że mógł patrzeć na ładnych chłopców, bo nikt się nie orientował, a alkohol rozmywał poczucie winy. Czasami kiedy na imprezę trafiały osoby spoza ich szkoły i ładny chłopiec łapał jego wzrok, zamiast lęku i szybkiej ucieczki spotykało go zachęcające mrugnięcie, czy uśmiech. Nigdy nie odpowiedział na zaproszenie, uciekając wzrokiem, ale sam fakt bycia zauważonym, chociaż na chwilę był przyjemny. Czasami, kiedy Allison zamieniała się w "typową Allie" i upijała do wręcz nieprzytomności, rysy ładnych chłopców wypełniało nagle obrzydzenie albo, co gorsza, litość, kiedy dziewczyna wpychała się na kolana Iana, czepiała jego szyi, całując agresywnie prosto w ust. Typowa Allie zawsze oznaczała seks albo jeśli Ian miał szczęście i dziewczyna była już zbyt pijana, tylko jego próbę. Skutkiem takich imprez zawsze były dziwne wspólne zdjęcia na insta, najczęściej w momencie kiedy byli tylko tipsy, bo Allison miała manię na punkcie tego, że zdjęcia musiały wyglądać idealnie. Robiła ich miliony, w różnym świetle, z różną pozą. Nie żeby Ian ją oceniał, oboje mieli wizerunek do utrzymania. Dlatego nie protestował, kiedy ukradła mu telefon i przez następne kilkanaście minut układała go w różnych pozach, by w końcu wybrać zdjęcie i edytować je przez następną chwilę. Dopiero po wstawieniu go na portal dała się Ianowi ruszyć z kanapy, po czym uciekła w poszukiwaniu swoich przyjaciółek, całując go szybko w usta. Allison nie była głupia i czuła, że Ian nie miał ochoty być na imprezie, na którą go zaciągnęła. Pokłócili się o to nawet, a kłócili się rzadko. Po odbębnieniu trzech godzin, w czasie których miał ochotę gryźć ścianę i rzucić w kogoś butelką, Ian wrócił do domu. 
***
Ian marzył o lesie, kiedy zakotłowało się obok niego na szkolnym korytarzu. Z bezmyślnego snu na jawie wyrwał go głos Paula, pełen agresji, niemal wiszącej w powietrzu. Wszystko potoczyło się tak szybko, gdy jego serce próbowało nadążyć, bijąc zbyt szybko, a umysł, wyrwany z marzeń, wciąż zdawał się reagować zbyt wolno, sparaliżowany lękiem, mimo że ta wściekłość nie była nawet skierowana w jego kierunku. Na moment złapał wzrok chłopaka, którego tym razem wzięli sobie na cel jego koledzy, ale wolałby tego nie zrobić. Nie kojarzył go, nie pamiętał, ale to spojrzenie będzie go prześladowało. Resztki tego zwierzęcego lęku opuściły go dopiero godziny później, kiedy skryty we własnym pokoju mógł się rozpłakać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy