- Właściciel wygląda jakby miał gdzieś to co się dzieje dookoła niego - rzuciła zdmuchując włosy z twarzy. Dziś były związane w bardzo lekki kucyk z tyłu, skutkując w pasmach włosów przyklejających się do jej ust, pokrytych brzoskwiniową pomadką do ust. Poza fryzurą, dziewczyna wyglądała dziś dość uporządkowanie - miała białą koszulkę z dekoltem w serek, szare spodnie i luźną, męską, błękitną koszulę w białe paski na ramionach, której rękawy podwinęła na łokciach. Widząc, że Jasper ma coś więcej do powiedzenia, kucnęła przy Grappie, wykorzystując okazję by ją wygłaskać (Carrie nie potrafiła ukryć, że psica była jej ulubienicą).
- Zaskoczę cię, tak nie jest. Inni mają chociaż tyle przyzwoitości by i z nim się przywitać - rzucił mężczyzna, dalej nie obdarzając dziewczyny ani jednym spojrzeniem. Carrie spojrzała Grappie w oczy.
- Ale twój pan ma wymagania! - nadęła policzki, chichocząc lekko, gdy zwierzak polizał ją po twarzy. Wstała, poklepała Grappę jeszcze dwa razy po łepku i zaczęła iść tyłem w stronę swojego biurka.
- Cześć, panie właścicielu! - rzuciła. Oczywiście, znała imię Jaspera (wyróżniał się dość wśród innych współpracowników). Ale sposób, w jaki podszedł do tematu, sprawił, że miała ochotę zagrać mu na nerwach.
***
Dziewczyna trzymała paczkę żelków pod pachą, balansując z dwoma kawami ze Starbucksa między biurkami. Zatrzymywała się dosłownie na ułamek sekundy by podziękować za komplementy na temat jej nowej fryzury - dziś pojawiła się jako blondynka z czarnymi końcówkami. Po dwóch miesiącach ludzie z pracy przestali zwracać uwagę na takie nagłe zmiany - była to cecha charakterystyczna chaotycznej dziewczyny. Chaos na jej głowie dopełniał dzisiejszy chaos w jej ubraniach - paradowała po biurze w czarnej koszulce, bordowej spódniczce w białe groszki i nierówno naciągniętymi białymi zakolanówkami, dopełnione oczywiście ciężkimi, wojskowymi butami. Doszła do jej ulubionego biurka na całym piętrze i postawiła kubek z dumnym podpisem "Owner" przed Jasperem, pogłaskała Sól, rzuciła szybkie, "cześć Sól, cześć właścicielu" i pobiegła dalej, podskakując lekko, niemal upuszczając żelki. Gdy tylko opadła na swój fotel z wyjątkowym brakiem gracji, Tallie, najbliższa jej osoba w tym miejscu wstała ze swojego worka, pełniącego jej funkcję siedziska i podeszła, siadając na myszce Carrie. Zsunęła swoje słuchawki na szyję, uwalniając jej sterczące na wszystkie strony afro.
- Nie dam dzisiaj rady z tobą pójść do "komara" - powiedziała bez owijania w bawełnę.
- Ale mam rezerwację na stolik - rzuciła ze smutkiem Carrie. "Komar" był chyba jedynym barem na świecie, gdzie trzeba było starać się o rezerwacje. Jedynym ich celem było zachowanie kameralności, który dziewczyny bardzo lubiły. Samo miejsce było bardzo nowoczesne i minimalistyczne, co było zupełną ich przeciwnością. Nie dała rady powstrzymać smutnego westchnięcia - nastawiła się już na kaca następnego dnia rano. Zastanawiała się co zrobić gdy na jej kolanach wylądowała mała paczka chrupków serowych. Przed nią stał Jasper, patrzący na nią z lekką irytacją.
- Dzięki za kawę - rzucił i zaczął odchodzić. Carrie, która doznała olśnienia, krzyknęła szybkie "ej", na które nie zareagował. Odepchnęła się od biurka i wyciągnęła nogę, kopiąc go idealnie w tyłek, zostawiając lekko biały odcisk jej podeszwy na jego ciemnych jeansach.
- Chcesz pójść ze mną na drinka? - zapytała gdy odwrócił się ze zdezorientowaną miną.
Właścicielu cudownych piesków?