sobota, 31 marca 2018

“From where we stand the rain seems random. If we could stand somewhere else, we would see the order in it.”

Dłoń Carrie zatrzymała się w powietrzu. Dziewczyna była nieco zaskoczona komentarzem - nigdy wcześniej się to nie zdarzyło.
- Właściciel wygląda jakby miał gdzieś to co się dzieje dookoła niego - rzuciła zdmuchując włosy z twarzy. Dziś były związane w bardzo lekki kucyk z tyłu, skutkując w pasmach włosów przyklejających się do jej ust, pokrytych brzoskwiniową pomadką do ust. Poza fryzurą, dziewczyna wyglądała dziś dość uporządkowanie - miała białą koszulkę z dekoltem w serek, szare spodnie i luźną, męską, błękitną koszulę w białe paski na ramionach, której rękawy podwinęła na łokciach. Widząc, że Jasper ma coś więcej do powiedzenia, kucnęła przy Grappie, wykorzystując okazję by ją wygłaskać (Carrie nie potrafiła ukryć, że psica była jej ulubienicą).
- Zaskoczę cię, tak nie jest. Inni mają chociaż tyle przyzwoitości by i z nim się przywitać - rzucił mężczyzna, dalej nie obdarzając dziewczyny ani jednym spojrzeniem. Carrie spojrzała Grappie w oczy.
- Ale twój pan ma wymagania! - nadęła policzki, chichocząc lekko, gdy zwierzak polizał ją po twarzy. Wstała, poklepała Grappę jeszcze dwa razy po łepku i zaczęła iść tyłem w stronę swojego biurka.
- Cześć, panie właścicielu! - rzuciła. Oczywiście, znała imię Jaspera (wyróżniał się dość wśród innych współpracowników). Ale sposób, w jaki podszedł do tematu, sprawił, że miała ochotę zagrać mu na nerwach.
***
Dziewczyna trzymała paczkę żelków pod pachą, balansując z dwoma kawami ze Starbucksa między biurkami. Zatrzymywała się dosłownie na ułamek sekundy by podziękować za komplementy na temat jej nowej fryzury - dziś pojawiła się jako blondynka z czarnymi końcówkami. Po dwóch miesiącach ludzie z pracy przestali zwracać uwagę na takie nagłe zmiany - była to cecha charakterystyczna chaotycznej dziewczyny. Chaos na jej głowie dopełniał dzisiejszy chaos w jej ubraniach - paradowała po biurze w czarnej koszulce, bordowej spódniczce w białe groszki i nierówno naciągniętymi białymi zakolanówkami, dopełnione oczywiście ciężkimi, wojskowymi butami. Doszła do jej ulubionego biurka na całym piętrze i postawiła kubek z dumnym podpisem "Owner" przed Jasperem, pogłaskała Sól, rzuciła szybkie, "cześć Sól, cześć właścicielu" i pobiegła dalej, podskakując lekko, niemal upuszczając żelki. Gdy tylko opadła na swój fotel z wyjątkowym brakiem gracji, Tallie, najbliższa jej osoba w tym miejscu wstała ze swojego worka, pełniącego jej funkcję siedziska i podeszła, siadając na myszce Carrie. Zsunęła swoje słuchawki na szyję, uwalniając jej sterczące na wszystkie strony afro. 
- Nie dam dzisiaj rady z tobą pójść do "komara" - powiedziała bez owijania w bawełnę. 
- Ale mam rezerwację na stolik - rzuciła ze smutkiem Carrie. "Komar" był chyba jedynym barem na świecie, gdzie trzeba było starać się o rezerwacje. Jedynym ich celem było zachowanie kameralności, który dziewczyny bardzo lubiły. Samo miejsce było bardzo nowoczesne i minimalistyczne, co było zupełną ich przeciwnością. Nie dała rady powstrzymać smutnego westchnięcia - nastawiła się już na kaca następnego dnia rano. Zastanawiała się co zrobić gdy na jej kolanach wylądowała mała paczka chrupków serowych. Przed nią stał Jasper, patrzący na nią z lekką irytacją.
- Dzięki za kawę - rzucił i zaczął odchodzić. Carrie, która doznała olśnienia, krzyknęła szybkie "ej", na które nie zareagował. Odepchnęła się od biurka i wyciągnęła nogę, kopiąc go idealnie w tyłek, zostawiając lekko biały odcisk jej podeszwy na jego ciemnych jeansach. 
- Chcesz pójść ze mną na drinka? - zapytała gdy odwrócił się ze zdezorientowaną miną.

Właścicielu cudownych piesków?

“Do something everyday that you don't want to do; this is the golden rule for acquiring the habit of doing your duty without pain.”

Murphy przeciągnął się leniwie słysząc pukanie do drzwi. Przed chwilą drzemał w swoim ulubionym fotelu. Potarł dłonią twarz by odegnać wszelkie oznaki zaspania, wstał, wyprostował się i rzucił krótkie ale donośne "proszę". Drzwi uchyliły się a zza nich wychyliła się Joanna. Drzwi rzecz jasna były otwarte. Zaufanie w zakonie było wystarczająco duże, by nie musieć się tym przejmować.
- Szef chce cię widzieć - powiedziała od razu, wskazując na to, że sprawa jest pilna. Mężczyzna kiwnął tylko głową. Poprawił tylko koszulę, która zdążyła się wygnieść i po chwili był w drodze do gabinetu ojca chrzestnego. Znaczy, szef nim nie był. Ale ranga nawet podobna. Wracając. Kiedy dotarł do sekretariatu Dotty, która bawiła się nożem do papieru wskazała mu tylko na wejście szefa, do którego Murphy rzecz jasna najpierw zapukał. Po usłyszeniu mruknięcia zaproszenia wszedł i zamknął za sobą drzwi. Z pewnością siebie usiadł na krześle przed dębowym biurkiem. W jego stronę natychmiast został przesunięty cienki folder. Spojrzał pytająco na mężczyznę w średnim wieku. Nigdy nie chciało mu się przeglądać tych papierów.
- Znowu jakaś grupa kręciła się niedaleko zachodnich korytarzy w sektorze "c" - mruknął Adam, głowa całego zakonu.
- Tam w opuszczonej części? - upewnił się Murphy. Jako odpowiedź otrzymał tylko kiwnięcie głową.
- To tylko jakieś miejskie szczury. Adam zdążył odkryć, że to nadnaturalni i siedzą w głównie w jakimś obskurnym barze, na który namiary masz w folderze. Ty musisz zająć się wyznaczoną ci jednostką. Chcemy mieć pewność, że ci nadnaturalni więcej nie przyjdą tu węszyć - mężczyzna rzucił i skoncentrował się na jakiś papierach przed nim - dla Murphy'ego był to znak, że to koniec ich rozmowy. Wstał więc, i skierował swoje kroki do wyjścia. Z niechęcią zajął się przeglądaniem dostarczonych mu informacji w drodze do swojej kwatery. Nie miał problemu z trafieniem do wspomnianego baru - miasto znał wystarczająco dobrze, by od razu skojarzyć gdzie się znajduje. Wyznaczona mu została jakaś młoda kobieta - blondynka, drobna. Z pozorów mało niebezpieczna, ale nie została określona jej nadnaturalność. Murphy musiał się trzymać na baczności. Gdy zamknął za sobą drzwi, spojrzał na zegarek - było dość późno. Miał trochę czasu do momentu kiedy te bary nagle ożyją. Stwierdził, że będzie to dobry pomysł jeśli weźmie prysznic i zmieni dość eleganckie (standardowe dla zakonu) ubrania na coś nadającego się do baru. Spod prysznica wyszedł jedynie w ręczniku, luźnie zawiniętego na jego biodrach. Przeczesał kruczoczarne włosy, by układały się dokładnie tak, jak sobie tego zażyczył. Zdecydował się na prosty zestaw - białą koszulkę, jeansy i flanelową koszulę w niebiesko-zieloną kratkę. Wyposażył się w najbardziej potrzebne rzeczy. Miał nadzieję, że nie będzie musiał tych rzeczy jeszcze dziś używać - to oznaczało by ogromne niepowodzenie misji. Upewnił się, że wszystko ma, zapiął sobie ponownie zegarek na nadgarstku i wyszedł.
***
Murphy wsadził dłonie w kieszenie spodni, podchodząc do drzwi baru. Nie było zbyt wielu ludzi - prawdopodobnie było to miejsce głównie atrakcyjne dla stałych bywalców. Utwierdził się w tym przekonaniu gdy jacyś mężczyźni w rogu wysłali mu podejrzliwe spojrzenia - nie przejął się tym jednak za bardzo - podobne wysyłali jakiejś grupce. Bar był nieco zadymiony dymem papierosowym, pasującym do klasycznego rocka grającego w tle. Skierował się w stronę lady. Wiedział, że stamtąd da radę wypatrzyć kogoś pasującego do opisu z jego akt. Nachylił się w stronę barmanki.
- Dobry wieczór - rzucił, nie potrafiąc pominąć tego zwrotu. - Bourbon? - zapytał, w ramach zamówienia tego alkoholu. Kobieta za ladą chrząknęła, najwidoczniej z rozbawienia, jak można było zgadywać po jej spojrzeniu wysłanym blondynce siedzącej po prawej od Murphy'ego. Bingo. Pasowała do mało szczegółowego opisu, który dostał - ale jako jedyna w tym miejscu. Przez chwilę złapali kontakt wzrokowy. Jej oczy o chłodnym kolorze nabierały dziwnej barwy w ciepłym świetle tego miejsca. Oderwał od nich wzrok i westchnął cicho.
- Piwo, proszę - powiedział, a barmanka leniwie zabrała się za otwarcie butelki chyba jakiegoś lokalnego browaru. Przesunęła trunek w jego stronę, który od razu wziął w dłoń. Zrobił parę kroków w stronę tamtej dziewczyny i usadowił się na przetartym stołku. Kobieta obdarzyła go kwestionującym spojrzeniem.
- Nie jesteś dla mnie za stary? - podniosła jedną brew. Mężczyzna przyjrzał się jej wyglądała na o wiele młodszą niż zakładał Adam. Przewrócił oczyma słysząc jej komentarz.
- Nie jesteś za młoda na picie alkoholu? - zakwestionował. Pokręciła głową i uśmiechnęła się lekko, pociągając kolejny łyk trunku. - Ja nie w tej sprawie - powiedział, sam próbując tego piwa. Trudno powiedzieć czy było dobre, czy raczej nie - było tak mocne, że ledwo było czuć smak chmielu. Teraz Murphy już był pewny, że był to lokalny twór, porównując go z wodą, którą Amerykanie nazywają piwem. Korzenie miał irlandzkie, i gdy raz za nimi podążył, dowiedział się jak smakuje prawdziwy browar. 
- A niby w jakiej? - spytała dziewczyna ze znużeniem na twarzy. Chyba miała dość tego tańczenia wokół sprawy tak jak on.
- Potrzebuję się dostać do podziemi pod Titus St. - powiedział wprost, sprawiając, że jego rozmówczyni poruszyła się niespokojnie. Najwidoczniej nie była zbyt chętna by wracać w pobliże sektora "c". 
- Tam nie prowadzimy - stwierdziła szybko. - To niebezpieczne. Nie wiemy czyj to teren, ale jest pilnowany - wytłumaczyła, z zakłopotaną miną. Jej ekspresja przywodziła na myśl małe dziecko. 
- Dam dwieście procent - odpowiedział obracając się na stołku, tak by w pełni być zwróconym ku niej. Z jej twarzy nie dało się nic wyczytać, co było dziwne, patrząc na to, że dotąd była niczym otwarta księga. 
- Wróć tu jutro - poinformowała go, zeskakując ze swojego stołka i odchodząc.

Blaire? Do u want dat money? Or maybe you'll suggest him to find different place?

środa, 14 marca 2018

“There. Let the gods of friendship and common sense strike him dead.”

Drugi tydzień w nowym mieszkaniu, a wszystko nadal było dla Caspiana chaosem. Gubił się w swoich ubraniach, nie miał pojęcia gdzie położył klucze, portfel, plecak, aż wreszcie uderzył w zamknięte drzwi, bo zwyczajnie zapomniał o ich otworzeniu. Grafik obserwował poranne zamieszanie ze spokojem, machając leniwie ogonem, kiedy jego pan po raz kolejny potknął się o zawinięty kawałek dywanu. Pies był już na swoim spacerze i mógł rozkoszować się porankiem tak długo jak chciał. Tymczasem Caspian omal nie był spóźniony. Ponownie.
Ledwie zdążył na autobus, pędząc jak szalony, z włosami, które nie widziały grzebienia, pastą maźniętą na policzku i dwiema różnymi skarpetkami na nogach - jedną niebieską w czarne kropki i drugą w różowo - szare paski. Jego szkolni koledzy tylko pokręcili głowami z rozbawieniem, robiąc mu miejsce na tylnim siedzeniu i podając wilgotną chusteczkę od dziewczyn z przodu. Chłopak tylko roześmiał się beztrosko i wytarł twarz, rozsiadając się wygodnie. Nauczycielka - pani Lorenz, nawet nie próbowała zwrócić mu uwagi na to, że przychodzi się wcześniej, wiedząc doskonale, że spotka się tylko ze szczenięcym spojrzeniem i szelmowskim uśmiechem.
W sumie to nie miał pojęcia, dlaczego zapisał się na ten wyjazd. Nie miał nawet co marzyć o studiowaniu - jego matka dawała radę utrzymać dwójkę dorastających dzieci, ale wyższe wykształcenie to wydatek, na który nie mogła sobie pozwolić. Namówili go koledzy i współlokatorzy - Connie stwierdziła, że skoro ma okazję, to niech jedzie, może rozdają gratisy. Skutkiem tego namawiania siedział właśnie w lekko przegrzewającym się autobusie, czekając aż kierowca wreszcie zaparkuje, by wysiąść, z ulgą wdychając chłodne powietrze. Na zewnątrz przejął ich jakiś chłopak, a pani Lorenz zniknęła, rzucając swojej dzikiej młodzieży ostatnie zmęczone spojrzenie. Caspian tymczasem toczył zażartą dyskusję z kolegami, na kompletnie abstrakcyjny temat. Z ogólnego rozprężenia wyrwał go głoś przewodnika, który najwyraźniej wskazywał na niego palcem. Uśmiechnął się lekko, przybierając na twarz zwykłą, niewinną minkę.
- Mam cię uciszyć?
Nie zrozumiał chichotów klasy, gdy odpowiedział z jeszcze szerszym uśmiechem.
- Nie, sir.
Któryś z kolegów uderzył go łokciem w żebra kręcąc głową z dezaprobatą.
- Nie gejuj się z ludźmi w publice, Cas - rzucił, kiedy wrócili do wycieczki.
- Jestem kompletnie hetero, nie mogę się gejować - odpowiedział Caspian, przeczesując włosy palcami, otwierając szeroko oczy.
- Jesteś tak hetero jak Fryderyk Chopin - parsknął tylko Marc.
Caspian wzruszył tylko ramionami, kompletnie nie łapiąc metafory. Rozproszył go za to wyjątkowo dziwny dźwięk gdzieś za nim, a potem fakt, że omal się nie przewrócił, próbując iść do przodu i do tyłu w tym samym czasie.
***
- Lemoniada.
Ruszył za Danielem, ale odwrócił głowę, słysząc stłumiony pisk, gdy tylko postąpił krok za chłopakiem. Zdumiony uniósł brwi, widząc Hannah i jej bandę zaciskającą kciuki i popiskującą do siebie nawzajem. Kompletnie nic z tego nie rozumiał.
- Więc... - rzucił, doganiając Daniela - Co studiujesz?
- Mówiłem na samym początku - słowa zbiły go z tropu.
- O. Często zapominam rzeczy - wyjaśnił więc tylko, uśmiechając się przepraszająco.
- Ale nie tylko rzeczy. Imiona też często wypadają mi z głowy i gubię się jak mówią. I dużo mówię, bardzo dużo, tylko bez sensu, bo się gubię. Ale to chyba już mówiłem - uśmiechnął się po raz kolejny, potykając się po drodze.
Daniel tylko odpowiedział mu uśmiechem, łapiąc go za łokieć, by chłopak nie wylądował twarzą w ziemi.
- Studiuję fotografię. W dużym skrócie fotografię - powiedział, patrząc na Caspiana, który po raz kolejny dziobnął się słomką, kiedy wreszcie zdobyli swoją lemoniadę.
- Ojacie. Jak super! Próbowałem kiedyś robić zdjęcia, ale kompletnie nie mam do tego cierpliwości.
Caspian machnął energicznie ręką, omal nie uderzając przy tym kogoś, kto właśnie przechodził.
- Jakoś się nie dziwię. Wybierasz się tutaj na uczelnię?
Chłopak potrząsnął głową, przełykając swój napój.
- Wolę pracować - wyjaśnił szybko.
Wrócili do rozmowy o niczym i wszystkim za razem, która raz za razem przerywał Caspian, rozproszony tym i owym. Był okropnie niezręczny, szczególnie kiedy gubił się w połowie swojej niezwykle genialnej (w zamierzeniu) odpowiedzi. Zdążył opowiedzieć Danielowi cały życiorys swojego psa i pół fabuły jednego z seriali, który właśnie oglądał, kiedy znikąd nadeszła pani Lorenz, dziobiąc Caspiana w ramię, kiedy ten nie zareagował na swoje imię.
- Znajdź swoją klasę i powiedz im proszę, że musimy się już zbierać - powiedziała.
- Już się robi, ma'am! Cześć, Daniel! - rzucił tylko i popędził zgromadzić swoją klasę, kompletnie zaaferowany nowym zadaniem.
Tego, że nauczycielka z wszechwiedzącym uśmiechem przekazała Danielowi pełne imię i nazwisko energicznego rudzielca już nie zauważył.
***
Daniel
Miałeś mi wysłać zdjęcie Grafika,
 Panie "Zapomniałem telefonu"

Caspian
Fakt, miałem! 
I zapomniałem
Tak serio
Czekaj
Prawie mam

Caspiana nie zastanowiło nawet, skąd Daniel miał do niego kontakt, odesłał tylko zdjęcie zrobione chwiejnymi rękami. Grafik leżał na jego nogach, przykrywając skarpetkę w różowe paski, ostawiając na widoku tylko tą w czarne kropki. Zdjęcie było nieco rozmazane i prócz złotego psa miało mnóstwo kiepskiego światła, bałaganu w tle i chudej łydki. 

Caspian
Jest piękny, no nie?

Danny bjutiful boi?

wtorek, 13 marca 2018

“He was entrancing, with that epicene beauty which in extreme youth sings aloud for love and withers at the first cold wind.”

Wyglądałem przez okno, chyba znudzony. Jak inaczej mógłbym wyglądać na okropnie nużącym wykładzie z historii fotografii? Pozwalając by słowa profesora zlały się tylko w dźwięki w tle, obserwowałem park obok kampusu. Zaczynał być ciepło. Wróć, źle. Było już ciepło. Słońce wróciło a większość studentów porzuciła już ciężkie zimowe płaszcze i kurtki. Teoretycznie, jako widmo nie powinienem czuć się aż tak komfortowo wiosną, ale raczej od zawsze byłem ciepłolubny. Jakoś w połowie wykładu światło zaczęło padać na moją twarz, którą z radością wystawiłem na jego działanie, grzejąc się w nim. Dlatego ciężko było mi zrozumieć, co się stało, gdy wszyscy zaczęli wstawać oraz wychodzić. Szybkie spojrzenie na zegar powiedziało mi, że zajęcia zdążyły się zakończyć. Profesor Betts wyszedł z sali szybciej niż większość studentów. Można było odnieść wrażenie, że nienawidzi on tego przedmiotu bardziej niż cała brać studencka. Westchnąłem i przerzucając sobie torbę przez ramię zacząłem iść w stronę wyjścia. Na korytarzu, niedaleko drzwi wejściowych stał stolik, przy którą z dumą zasiadała pani z dziekanatu wraz z paroma członkami studenckiego stowarzyszenia wolontariatu (według tego co głosił znak). Sam nie należałem do żadnego klubu - byłem raczej fanem jednorazowych wydarzeń, co skłoniło mnie do zatrzymania się przy tym stoisku, próbując dowiedzieć się o co chodzi. Widząc jak się przy nich zatrzymuję, zmęczona życiem blondynka poderwała się, od razu przybierając radosny uśmiech. Widziałem, że podchodzi bliżej, więc zacząłem rozmowę, chcąc zdobyć informację zanim wplątaliby mnie w dwumiesięczną akcję ratującą wieloryby na Alasce (tam są wieloryby, prawda?) albo oddawanie organów.
- Więc, o co toczy się to całe zamieszanie? - spytałem, podnosząc jedną z brwi. Uśmiech dziewczyny urósł jeszcze bardziej, co wydało mi się mało naturalne.
- W przyszłym tygodniu będziemy przyjmować uczniów wybierających się w tym roku na studia. Szukamy ludzi, którzy mieliby czas trochę ich oprowadzić po kampusie, opowiedzieć jak to wygląda - wyjaśniła klarownie. Cieszyłem się, że nie zarzuciła mnie całym mnóstwem epitetów na temat tego jakie to wdzięczne zajęcie. Dopytałem się o parę szczegółów - czas oraz dni w których się to odbywa. Dowiadując się wszystkiego wzruszyłem ramionami.
- Daniel Simmons. Z chęcią pomogę - rzuciłem, odpowiadając w końcu na uśmiech dziewczyny, która zaczęła mnie wpisywać na listę. Podałem jeszcze parę danych kontaktowych i po paru minutach wędrowałem już w stronę mieszkania. Zastanawiałem się czy nie wciągnąć by w to bliźniaków, ale dobrze zdawałem sobie sprawę, że raczej sobie odpuszczą.
***
Przeczesałem dłońmi opadające mi na twarz włosy. Dzieciaki niewiele młodsze ode mnie, które zostały mi przypisane wysypywały się z autobusu. Część wyglądała jak podekscytowana wycieczka przedszkolaków, reszta albo się zastanawiała co ona robi w tym miejscu, albo ruszyła tu tylko po to by uniknąć części godzin. Opiekunka, która wyszła jako pierwsza rozglądała się nieco zdezorientowana. Nie wyglądała na doświadczoną w tego typu sprawach - była raczej młoda, znając życie sama niedawno skończyła studio. Orientując się, że pewnie szuka mnie, podszedłem, przybierając chyba przyjazny wyraz twarzy. Przedstawiłem się jako przewodnik, na co odpowiedziała z wdzięcznym uśmiechem. Ja przejmowałem tamtych, co pewnie oznaczało dla niej dwie godziny przerwy. (Nawet dłużej, zdążyła mnie poinformować, że po wycieczce młodzi dostają trochę czasu na samodzielne zwiedzanie). Trasę przejścia po kampusie miałem już rozplanowaną. Zacząłem od najbardziej oczywistych miejsc, jak główny budynek. Grupa nie była duża, lecz cały czas towarzyszył jej szmer, głównie wywołany przez chichoty. Czy wszyscy licealiści się tak zachowują? Człowiek zaczyna dużo zauważać przez dwa lata. 
- Ej! - rzuciłem pokazując palcem na najbardziej wyróżniającego się chłopaka. Na chwilę zapauzowałem. Jego brązowe oczy patrzyły na mnie niewinnie. Obrzuciłem go szybkim spojrzeniem. Był pewnego rodzaju chaosem - włosy miał roztrzepane na wszystkie strony, jego ubrania można było uznać za zwyczajnie losowe. Uśmiechnął się do mnie lekko. Odkaszlnąłem, starając się nie zdradzić, że chyba był w moim typie. 
- Mam cię uciszyć? - przekrzywiłem głowę. Ups, chyba mi nie wyszło. Rozbawione spojrzenia reszty grupy wędrowały między nim a mną. Podwinąłem rękawy mojej granatowej bluzki, czekając na odpowiedź. 
- Nie, sir - odpowiedział z wielkim, niesamowicie szerokim uśmiechem, emanując pewnością siebie. Przyznałem się sam przed sobą, że dawno żaden wyszczerz nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Chłopak wyglądał jak mały, ale pewny siebie szczeniaczek a w mojej głowie zapiszczał gejradar. Stwierdzając szybko, że raczej nie wybierał się tu na studia, postanowiłem, że nie mam nic do stracenia. A dużo do zyskania. 
- Jak będziesz grzeczny i szybciej uda nam się to załatwić i będzie czas wolny to zabiorę cię na najlepszą na tym kampusie lemoniadę - sam przywołałem swój najlepszy uśmiech, mając nadzieję, że chłopak przyjmie ofertę. Widząc chwilę dezorientacji na jego twarzy, puściłem mu oczko i odwróciłem się, pozwalając moim włosom by zafalowały jak te w reklamach szamponów. Słysząc ciche śmiechy oraz podekscytowane komentarze z tyłu, sam pozwoliłem sobie na cichy chichot. Z nowym entuzjazmem poprowadziłem ich przez korytarze (pokazałem im nawet jak ominąć płacenie w automacie z colą) przez akademik do mojego ulubionego miejsca - na błonia. Tylko delikatnie zdradziłem moją sympatię do tego małego parku, patrząc z radością, jak po oznajmieniu tego, że to koniec większość skorzystała z ładnej pogody, rozkładając się na trawie. Spojrzałem z ciekawością na "mojego" chłopca. Parę osób z jego grupki (głównie dziewczyny) popchnęły go w moją stronę. Wyraz jego twarzy mówił, że nie wiedział dlaczego to zrobili. Chyba dopiero jak sam zrobiłem nieco rozbawioną minę, przypomniał sobie o co chodziło. Podszedłem do niego, wyciągając przed siebie moją szczupłą dłoń, którą uścisnął. Uśmiechnąłem się leniwie.
- Chyba się na początku przedstawiałem, ale jestem Daniel - rzuciłem a on puścił moją dłoń. Znów przybrał ten uroczy, nieco niezdarny wyraz twarzy.
- Caspian - rzucił lekko. - Więc, byłem grzeczny? - zapytał przekrzywiając głowę, znów przypominając małego pieska. Chyba miałem ochotę go zaadoptować.
- Jasne. Więc, lemoniada? - upewniłem się czy z pewnością tego chciał. Do tej pory szło zadziwiająco dobrze.

My little pup?

wtorek, 6 marca 2018

Od Jaspera do Carrie

- Cześć, Cookie! - kolejny piskliwy głos przebił się przez słuchawki Jaspera, więc ten odwrócił się na moment, by sprawdzić, kto tym razem prześladuje jego psią towarzyszkę, nie witając się nawet z jej właścicielem. Westchnął cicho, widząc znajomą postać.
Carrie. Dziewczyna zatrzymywała się przy jego biurku tylko po to, by pogłaskać jego psy, niezależnie kogo by nie zabierał. Nigdy nawet nie zapytała go o imię, ani jego samego, ani psa, chociaż to drugie nie było potrzebne - zwierzaki miały własne plakietki z imieniem, niczym pracownicy - szefowa sprawiła je całej paczce, gdy Jasper zaczął przyprowadzać je do pracy. Jego zwierzęta wydawały się na początku dużą atrakcją, potem stały się codziennością i jedynym powodem, dla którego ktoś miałby zatrzymać się przy jego biurku, poza piątkowym popołudniem.
- Cook, zdrajco - wymamrotał, trącając sukę nogą, gdy ta zaczęła wyłazić spod biurka.
Dziewczyna spojrzała na niego unosząc brwi, ale nie zdjął słuchawek, wracając do swojego projektu. Był nim zafascynowany - rzadko ilustrował książki przeznaczone typowo dla dzieci, ale tym razem głównymi bohaterami miały być czworonogi, więc góra z pełną słusznością przekazała projekt Jasperowi.
Wyciągnął rękę, by pogłaskać futrzaną kulkę pod swoimi stopami, po czym spojrzał na zegarek. Czas spojrzeć na psy - aplikacja w jego telefonie łączyła się z kamerami w jego domu, pokazując mu, czy nikt przypadkiem nie zamordował jego drogocennych futrzaków. Jak widać, nie. Najwyżej mordowały się nawzajem, sądząc po ilości śliny, którą Tequila opluła Sola, próbując zjeść jego ucho. Uśmiechnął się do telefonu. Głuptasy.
- Chodź, Cooks, zrobimy sobie przerwę - pysk zwierzaka rozpromienił się na sam dźwięk jej imienia. Jasper wziął w rękę smycz, odplątując ją od swojego krzesła i skierował się do wyjścia, próbując nie potknąć się o tańczącą z radości Cookie. 
W windzie oparł się o ścianę, ignorując ilość atencji, jaką właśnie otrzymywało jego zwierzę.
Miał już wypracowaną trasę do baru z typowo lunchowymi posiłkami, który był przyjazny psom. Miał wypracowany stolik, zawsze pojedynczy, a także stałych ludzi, którzy rzucali mu przelotny uśmiech i schylali się do psa. Miał wypracowany posiłek, wypracowany napój, wypracowaną długość jedzenia - zmienną tylko w zależności od dnia tygodnia. Cookie dostawała także wodę do swojej przenośnej miski i po chwili odpoczynku, wracali do biura, wolnym tempem, by skorzystać jeszcze z chwili świeżego powietrza.
Powrót do domu był równie wypracowany - stała trasa autobusu, do którego musiał nakładać Cookie kaganiec, tak na wszelki wypadek. Stałe obrazy za oknem. Ci sami ludzie, te same krajobrazy. Jasper lubił tę przewidywalność. W domu witała go gromada psów, które wyprowadzał na spacer. Zamawiał obiad, jedząc sam przed laptopem, gapiąc się na kolejny serial. Kładł się spać późno, czytając książki, przeglądając internet i oglądając głupie filmiki. Zasypiał z nikłym uczuciem samotności, które nie znikało, gdy się budził. 
***
Na litość boską - pomyślał, kiedy dziewczyna odeszła po raz kolejny. Tym razem miał ze sobą Moose'a, najbardziej leniwe zwierzę tego świata, z pewnością także nie najsłodsze. I tym razem, Carrie nawet do niego nie zagadała. Zaczynało go to powoli irytować. Fakt, inni też czasem się zatrzymywali, ale mieli przynajmniej tyle przyzwoitości, by powiedzieć do samego Jaspera chociaż kilka słów.
Następnego ranka, kiedy ona po raz kolejny schyliła się do jego pupila, rzucił tylko przelotnie, nadal wpatrując się w ekran tableta.
- Wiesz, jego właściciel też ma imię.

Carrie?

Obserwatorzy