- Cześć, Cookie! - kolejny piskliwy głos przebił się przez słuchawki Jaspera, więc ten odwrócił się na moment, by sprawdzić, kto tym razem prześladuje jego psią towarzyszkę, nie witając się nawet z jej właścicielem. Westchnął cicho, widząc znajomą postać.
Carrie. Dziewczyna zatrzymywała się przy jego biurku tylko po to, by pogłaskać jego psy, niezależnie kogo by nie zabierał. Nigdy nawet nie zapytała go o imię, ani jego samego, ani psa, chociaż to drugie nie było potrzebne - zwierzaki miały własne plakietki z imieniem, niczym pracownicy - szefowa sprawiła je całej paczce, gdy Jasper zaczął przyprowadzać je do pracy. Jego zwierzęta wydawały się na początku dużą atrakcją, potem stały się codziennością i jedynym powodem, dla którego ktoś miałby zatrzymać się przy jego biurku, poza piątkowym popołudniem.
- Cook, zdrajco - wymamrotał, trącając sukę nogą, gdy ta zaczęła wyłazić spod biurka.
Dziewczyna spojrzała na niego unosząc brwi, ale nie zdjął słuchawek, wracając do swojego projektu. Był nim zafascynowany - rzadko ilustrował książki przeznaczone typowo dla dzieci, ale tym razem głównymi bohaterami miały być czworonogi, więc góra z pełną słusznością przekazała projekt Jasperowi.
Wyciągnął rękę, by pogłaskać futrzaną kulkę pod swoimi stopami, po czym spojrzał na zegarek. Czas spojrzeć na psy - aplikacja w jego telefonie łączyła się z kamerami w jego domu, pokazując mu, czy nikt przypadkiem nie zamordował jego drogocennych futrzaków. Jak widać, nie. Najwyżej mordowały się nawzajem, sądząc po ilości śliny, którą Tequila opluła Sola, próbując zjeść jego ucho. Uśmiechnął się do telefonu. Głuptasy.
- Chodź, Cooks, zrobimy sobie przerwę - pysk zwierzaka rozpromienił się na sam dźwięk jej imienia. Jasper wziął w rękę smycz, odplątując ją od swojego krzesła i skierował się do wyjścia, próbując nie potknąć się o tańczącą z radości Cookie.
W windzie oparł się o ścianę, ignorując ilość atencji, jaką właśnie otrzymywało jego zwierzę.
Miał już wypracowaną trasę do baru z typowo lunchowymi posiłkami, który był przyjazny psom. Miał wypracowany stolik, zawsze pojedynczy, a także stałych ludzi, którzy rzucali mu przelotny uśmiech i schylali się do psa. Miał wypracowany posiłek, wypracowany napój, wypracowaną długość jedzenia - zmienną tylko w zależności od dnia tygodnia. Cookie dostawała także wodę do swojej przenośnej miski i po chwili odpoczynku, wracali do biura, wolnym tempem, by skorzystać jeszcze z chwili świeżego powietrza.
Powrót do domu był równie wypracowany - stała trasa autobusu, do którego musiał nakładać Cookie kaganiec, tak na wszelki wypadek. Stałe obrazy za oknem. Ci sami ludzie, te same krajobrazy. Jasper lubił tę przewidywalność. W domu witała go gromada psów, które wyprowadzał na spacer. Zamawiał obiad, jedząc sam przed laptopem, gapiąc się na kolejny serial. Kładł się spać późno, czytając książki, przeglądając internet i oglądając głupie filmiki. Zasypiał z nikłym uczuciem samotności, które nie znikało, gdy się budził.
***
Na litość boską - pomyślał, kiedy dziewczyna odeszła po raz kolejny. Tym razem miał ze sobą Moose'a, najbardziej leniwe zwierzę tego świata, z pewnością także nie najsłodsze. I tym razem, Carrie nawet do niego nie zagadała. Zaczynało go to powoli irytować. Fakt, inni też czasem się zatrzymywali, ale mieli przynajmniej tyle przyzwoitości, by powiedzieć do samego Jaspera chociaż kilka słów.
Następnego ranka, kiedy ona po raz kolejny schyliła się do jego pupila, rzucił tylko przelotnie, nadal wpatrując się w ekran tableta.
- Wiesz, jego właściciel też ma imię.
Carrie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz