wtorek, 13 marca 2018

“He was entrancing, with that epicene beauty which in extreme youth sings aloud for love and withers at the first cold wind.”

Wyglądałem przez okno, chyba znudzony. Jak inaczej mógłbym wyglądać na okropnie nużącym wykładzie z historii fotografii? Pozwalając by słowa profesora zlały się tylko w dźwięki w tle, obserwowałem park obok kampusu. Zaczynał być ciepło. Wróć, źle. Było już ciepło. Słońce wróciło a większość studentów porzuciła już ciężkie zimowe płaszcze i kurtki. Teoretycznie, jako widmo nie powinienem czuć się aż tak komfortowo wiosną, ale raczej od zawsze byłem ciepłolubny. Jakoś w połowie wykładu światło zaczęło padać na moją twarz, którą z radością wystawiłem na jego działanie, grzejąc się w nim. Dlatego ciężko było mi zrozumieć, co się stało, gdy wszyscy zaczęli wstawać oraz wychodzić. Szybkie spojrzenie na zegar powiedziało mi, że zajęcia zdążyły się zakończyć. Profesor Betts wyszedł z sali szybciej niż większość studentów. Można było odnieść wrażenie, że nienawidzi on tego przedmiotu bardziej niż cała brać studencka. Westchnąłem i przerzucając sobie torbę przez ramię zacząłem iść w stronę wyjścia. Na korytarzu, niedaleko drzwi wejściowych stał stolik, przy którą z dumą zasiadała pani z dziekanatu wraz z paroma członkami studenckiego stowarzyszenia wolontariatu (według tego co głosił znak). Sam nie należałem do żadnego klubu - byłem raczej fanem jednorazowych wydarzeń, co skłoniło mnie do zatrzymania się przy tym stoisku, próbując dowiedzieć się o co chodzi. Widząc jak się przy nich zatrzymuję, zmęczona życiem blondynka poderwała się, od razu przybierając radosny uśmiech. Widziałem, że podchodzi bliżej, więc zacząłem rozmowę, chcąc zdobyć informację zanim wplątaliby mnie w dwumiesięczną akcję ratującą wieloryby na Alasce (tam są wieloryby, prawda?) albo oddawanie organów.
- Więc, o co toczy się to całe zamieszanie? - spytałem, podnosząc jedną z brwi. Uśmiech dziewczyny urósł jeszcze bardziej, co wydało mi się mało naturalne.
- W przyszłym tygodniu będziemy przyjmować uczniów wybierających się w tym roku na studia. Szukamy ludzi, którzy mieliby czas trochę ich oprowadzić po kampusie, opowiedzieć jak to wygląda - wyjaśniła klarownie. Cieszyłem się, że nie zarzuciła mnie całym mnóstwem epitetów na temat tego jakie to wdzięczne zajęcie. Dopytałem się o parę szczegółów - czas oraz dni w których się to odbywa. Dowiadując się wszystkiego wzruszyłem ramionami.
- Daniel Simmons. Z chęcią pomogę - rzuciłem, odpowiadając w końcu na uśmiech dziewczyny, która zaczęła mnie wpisywać na listę. Podałem jeszcze parę danych kontaktowych i po paru minutach wędrowałem już w stronę mieszkania. Zastanawiałem się czy nie wciągnąć by w to bliźniaków, ale dobrze zdawałem sobie sprawę, że raczej sobie odpuszczą.
***
Przeczesałem dłońmi opadające mi na twarz włosy. Dzieciaki niewiele młodsze ode mnie, które zostały mi przypisane wysypywały się z autobusu. Część wyglądała jak podekscytowana wycieczka przedszkolaków, reszta albo się zastanawiała co ona robi w tym miejscu, albo ruszyła tu tylko po to by uniknąć części godzin. Opiekunka, która wyszła jako pierwsza rozglądała się nieco zdezorientowana. Nie wyglądała na doświadczoną w tego typu sprawach - była raczej młoda, znając życie sama niedawno skończyła studio. Orientując się, że pewnie szuka mnie, podszedłem, przybierając chyba przyjazny wyraz twarzy. Przedstawiłem się jako przewodnik, na co odpowiedziała z wdzięcznym uśmiechem. Ja przejmowałem tamtych, co pewnie oznaczało dla niej dwie godziny przerwy. (Nawet dłużej, zdążyła mnie poinformować, że po wycieczce młodzi dostają trochę czasu na samodzielne zwiedzanie). Trasę przejścia po kampusie miałem już rozplanowaną. Zacząłem od najbardziej oczywistych miejsc, jak główny budynek. Grupa nie była duża, lecz cały czas towarzyszył jej szmer, głównie wywołany przez chichoty. Czy wszyscy licealiści się tak zachowują? Człowiek zaczyna dużo zauważać przez dwa lata. 
- Ej! - rzuciłem pokazując palcem na najbardziej wyróżniającego się chłopaka. Na chwilę zapauzowałem. Jego brązowe oczy patrzyły na mnie niewinnie. Obrzuciłem go szybkim spojrzeniem. Był pewnego rodzaju chaosem - włosy miał roztrzepane na wszystkie strony, jego ubrania można było uznać za zwyczajnie losowe. Uśmiechnął się do mnie lekko. Odkaszlnąłem, starając się nie zdradzić, że chyba był w moim typie. 
- Mam cię uciszyć? - przekrzywiłem głowę. Ups, chyba mi nie wyszło. Rozbawione spojrzenia reszty grupy wędrowały między nim a mną. Podwinąłem rękawy mojej granatowej bluzki, czekając na odpowiedź. 
- Nie, sir - odpowiedział z wielkim, niesamowicie szerokim uśmiechem, emanując pewnością siebie. Przyznałem się sam przed sobą, że dawno żaden wyszczerz nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Chłopak wyglądał jak mały, ale pewny siebie szczeniaczek a w mojej głowie zapiszczał gejradar. Stwierdzając szybko, że raczej nie wybierał się tu na studia, postanowiłem, że nie mam nic do stracenia. A dużo do zyskania. 
- Jak będziesz grzeczny i szybciej uda nam się to załatwić i będzie czas wolny to zabiorę cię na najlepszą na tym kampusie lemoniadę - sam przywołałem swój najlepszy uśmiech, mając nadzieję, że chłopak przyjmie ofertę. Widząc chwilę dezorientacji na jego twarzy, puściłem mu oczko i odwróciłem się, pozwalając moim włosom by zafalowały jak te w reklamach szamponów. Słysząc ciche śmiechy oraz podekscytowane komentarze z tyłu, sam pozwoliłem sobie na cichy chichot. Z nowym entuzjazmem poprowadziłem ich przez korytarze (pokazałem im nawet jak ominąć płacenie w automacie z colą) przez akademik do mojego ulubionego miejsca - na błonia. Tylko delikatnie zdradziłem moją sympatię do tego małego parku, patrząc z radością, jak po oznajmieniu tego, że to koniec większość skorzystała z ładnej pogody, rozkładając się na trawie. Spojrzałem z ciekawością na "mojego" chłopca. Parę osób z jego grupki (głównie dziewczyny) popchnęły go w moją stronę. Wyraz jego twarzy mówił, że nie wiedział dlaczego to zrobili. Chyba dopiero jak sam zrobiłem nieco rozbawioną minę, przypomniał sobie o co chodziło. Podszedłem do niego, wyciągając przed siebie moją szczupłą dłoń, którą uścisnął. Uśmiechnąłem się leniwie.
- Chyba się na początku przedstawiałem, ale jestem Daniel - rzuciłem a on puścił moją dłoń. Znów przybrał ten uroczy, nieco niezdarny wyraz twarzy.
- Caspian - rzucił lekko. - Więc, byłem grzeczny? - zapytał przekrzywiając głowę, znów przypominając małego pieska. Chyba miałem ochotę go zaadoptować.
- Jasne. Więc, lemoniada? - upewniłem się czy z pewnością tego chciał. Do tej pory szło zadziwiająco dobrze.

My little pup?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy