czwartek, 31 stycznia 2019

"We are but dust and shadow."

Daniel stał wmurowany, zaskoczony tym co się właśnie wydarzyło. Plecy Caspiana w które się przez chwilę wpatrywał zniknęły, gdy chłopak skręcił w którąś z uliczek.
- What the hell - mruknął do siebie. Powietrze wokół niego wydawało się nagle dwa razy chłodniejsze i dopiero wtedy zorientował się, że zdziwienie ustąpiło miejsca smutku i goryczy. Obrócił się więc na pięcie i z burzą myśli w głowie zaczął iść w stronę swojego mieszkania. Nie chciał udzielić komukolwiek w pobliżu jego okropnego samopoczucia co byłoby nieuchronne gdyby tam został. Patrzył pod siebie, w rezultacie prawie wpadając na kogoś kto stanął na środku chodnika. Wysoki mężczyzna o ciemnej skórze i jeszcze ciemniejszych oczach wpatrywał się w niego tak, że chłopak poczuł dreszcze przechodzące mu po skórze. Kuląc się trochę z powodu tego wzroku, spróbował go wyminąć. Mężczyzna także zrobił krok w bok skutecznie blokując mu drogę.
- Przepraszam? - powiedział, w nadziei, że to jakieś nieporozumienie i w końcu będzie mógł wrócić do domu. Rozejrzał się dyskretnie dookoła. W pobliżu nie było nikogo - wszyscy skrywali się przed mrozem w cieple swoich mieszkań czy małych kawiarni.
- Widmo. Ciekawe jak smakujesz - rzucił mężczyzna, uśmiechając się niemożliwie szeroko ukazując wielkie kły. Chłopak odruchowo zaczął się cofać i rzucił się do ucieczki. Biegł przed siebie, boleśnie świadom ciężkich kroków za nim. Wbiegł z małą uliczkę i na tył jakiegoś zamkniętego sklepu. Schował się za kontenerem na śmieci, zasłaniając nos i usta dłonią, starając się nie wydać żadnego dźwięku.
- Gdzie jesteś, mały? - usłyszał ten sam, ociekający złością baryton mężczyzny. Daniel spoglądał na jego powiększający się cień na środku alejki gdy ten się zbliżał. W końcu to coś wyszło przed niego i rozejrzało się, spoglądając na przerażonego studenta. Zaraz jednak zaczął iść dalej.
- Nie schowasz się przede mną! - krzyknął znów, odchodząc w poszukiwaniu widma. Daniel trząsł się z przerażenia, zdezorientowany. Bał się ruszyć aż głos mężczyzny zniknął w oddali. Spróbował się podnieść, lecz kolana prawie się pod nim ugięły. Wtedy spojrzał w dół i myślał, że zemdleje. Jego kończyny były półprzeźroczyste, przypominające cień niż ciało. Podniósł swoją dłoń przed twarz, obserwując z przerażeniem jak może zobaczyć przez nią ścianę przed nim. Zachlipał przestraszony, gdy nagle cień zaczął rozkładać się na kawałki, jakby z niego schodząc, przemieniając chłopca w jego normalną postać. Trzy razy upewnił się, że jego ciało nie jest przeźroczyste. Zdążył zrobić dwa kroki w stronę wyjścia z alejki, zanim przechylił się, wymiotując, ledwo omijając swoje buty.

***
Daniel trzęsącymi się dłońmi, spróbował włożyć klucz do dziurki i go przekręcić. Przeklął, gdy nie chciał się obrócić. Sfrustrowany, kopnął drzwi, prawie łamiąc sobie duży palec u stopy. Po paru sekundach drzwi otworzyły się, ukazując skonfundowaną Maddie. Czyli drzwi nie były nawet zamknięte. Chłopak zaśmiałby się, gdyby nie szloch, który mu przerwał. Nie słyszał nawet pytań spanikowanej dziewczyny, próbującej dowiedzieć się co się stało. Pomogła mu wejść do mieszkania i po chwili Colin i ona siedzieli obok Daniela, usilnie próbującego zetrzeć łzy z twarzy. Ich roztrzęsione twarze, sprawiały, że serce bruneta bolało z żalu, że straszy tak swoich przyjaciół. Dopiero po paru minutach bliźniacy pozwolili sobie przytulić do siebie chłopaka, głaszcząc go w uspokajającym geście. Udało im się to na tyle, że po paru minutach był w stanie opowiedzieć im co się stało. Ich zaniepokojenie zamieniło się w strach, kiedy usłyszeli co go napotkało, starali się jednak go zapewnić, że jest już bezpieczny. Colin pomógł Danielowi się podnieść, prowadząc go do łazienki. Brunet włożył dłonie pod wodę, sycząc, gdy poczuł pieczenie. Miał porozcinane dłonie. Przeklął sam siebie za nie sprawdzenie czy obok śmietnika nie było żadnego roztrzaskanego szkła. Nie krwawił jednak mocno. Przemył swoją twarz, pokrytą łzami i potem, znajdując ulgę w chłodnej wodzie. Dopiero po wytarciu buzi, spojrzał w lustro, odkrywając jeszcze jedną dziwną rzecz. Patrzył w oczy, które nie były jego. Jego tęczówki, które zwykle miały niezwykle jasny, błękitny kolor teraz miały odcień tak ciemnego niebieskiego, że prawie przypominał granat. Mrugnął parę razy, za każdym razem modląc się, żeby to coś w końcu znikło. Nie nastąpiło to niestety. Wpatrywał się w swoją nienaturalnie bladą twarz, nieznajome oczy, czując, że znów robi mu się niedobrze. Oderwał wzrok od swojego odbicia i umył zęby próbując pozbyć się parszywego posmaku z ust. Przeszedł do swojego pokoju, gdzie trzęsąc się niemiłosiernie, przebrał się w dresy i ogromną bluzę, z jeszcze większym żalem zauważając, że jego ulubione jeansy były rozerwane na kolanie. Związał włosy w kucyk i wsunął się pod kołdrę. Po chwili ktoś do niego dołączył i serce mu rosło z wdzięczności dla bliźniaków. Wtulił się w nich, czując się bezpieczniej niż kiedykolwiek. Jeśli ktoś zauważyłby, że łzy znów zaczęły mu lecieć po twarzy, tym razem z wdzięczności, zaprzeczyłby. Otworzył oczy lekko, obserwując jak Maddie walczy z jego ładowarką, próbując podłączyć jego telefon. Dziewczyna podskoczyła zaskoczona, gdy zaczął dzwonić. Spojrzała na Daniela z pytającym wyrazem twarzy i chłopak tylko kiwnął lekko głową. Przesunęła kciukiem po ekranie, odbierając połączenie.
- Halo? - zapytała cicho. Daniel obserwował jej twarz, która nie zdradzała żadnych uczuć.
- To nie najlepszy moment - odpowiedziała komuś po drugiej stronie słuchawki. Ten ktoś najwyraźniej nie miał zamiaru się poddać.
- Nie, nie ma go z nim. Zostawił Daniela i poszedł z kimś na jakąś imprezę - przekazała to, czego się dowiedziała zaledwie paręnaście minut wcześniej od właściciela telefonu. Domyślił się, że chodzi o Caspiana. Kto mógłby to być? Connie? 
- Nie ma sprawy. Cześć - powiedziała przed rozłączeniem się. Odłożyła telefon na jego stolik nocny i sama położyła się z powrotem koło Daniela. Spotkała jego pytające spojrzenie i westchnęła.
- Jego współlokatorka. Nie wie gdzie młody się podziewa - szepnęła, odpowiadając mu na niezadane pytanie. Pokiwał tylko głową, zbyt zmęczony by cokolwiek powiedzieć. Jego powieki były ciężkie a kotołaki były tak ciepłe, że Daniel momentalnie odpłynął, wyczerpany tym co dziś przeżył.

czwartek, 24 stycznia 2019

“I never made one of my discoveries through the process of rational thinking”

Raczej cicho, Erwin odłożył łyżeczkę do zlewu po zamieszaniu swojej herbaty. Spojrzał z czułością na przysypiającego Armina. Dzieciak był świetny, dawno nie widział tak wielkiego talentu, a już z pewnością nie u tak młodej osoby. Spróbował westchnąć, lecz pewien zapach, który męczył go już od dłuższego czasu wywołał u niego kaszel. Tak, nie było wątpliwości, że Levi jest nadnaturalnym, nie pachniał niczym ludzkim. Wysoki blondyn postawił swoją herbatę na stole, jak najdalej od wszelkich akt. Sam przespacerował się niby dyskretnie za plecy nowego współpracownika.
- Co ty kombinujesz? - Erwin się nie rozczarował, dosłownie po sekundzie doszedł go warkot Azjaty.
- Nie jesteś człowiekiem - powiedział z nieudawanym spokojem w głosie. Nie było to pytanie, było to stwierdzenie - nie potrzebował odpowiedzi. Słysząc to, brunet odwrócił się delikatnie na krześle, nie spuszczając oczu z jego przełożonego. Erwin nie mógł powstrzymać uśmiechu widząc jak Levi się zjeżył.
- Wiem, że mi nie ufasz ale i tak nie zaatakowałbym cię przy śpiącym Arminie. Jest człowiekiem, nie zdaje sobie sprawy z istnienia nadnaturalnych i tak ma pozostać. Poza tym, nie jesteś w stu procentach sprawny, mam jeszcze jakąś godność - pociągnął, ignorując milczenie Azjaty.
- I tak dałbym radę cię obezwładnić - odpowiedział, przerywając tę ciszę.
- Możemy kiedyś spróbować to sprawdzić. Ale jedyny powód tego, że to poruszam, to to, że zależy mi na szybkim rozwiązaniu sprawy. Więc jeśli masz z tym coś wspólnego to lepiej byłoby powiedzieć teraz - powiedział z lekko podniesioną brwią.
- Nawet nie wiem jak ktoś mógłby spowodować takie obrażenia, tym bardziej zmiennokształtny ptaka jakim jestem - mruknął, zdradzając zaskakująco dużo na tak nieufną osobę. Erwin obserwował Leviego, zastanawiając się czy zaufać temu co powiedział. Po chwili kiwnął głową, stwierdzając, że jest to prawdopodobne. Powrócił do swojego miejsca przy stole. Potrzebował nowego podejścia do tej sprawy, bo w ten sposób nie zajdą daleko.
- Nie wiemy jak ktoś mógłby zadać takie obrażenia - powiedział, akcentując jedno ze słów. - Ale możemy się zastanowić co powoduje coś takiego - mruknął, jakby bardziej do siebie niż do Leviego. Wziął do ręki ołówek tylko po to żeby założyć go za swoje ucho (pomagało mu to się skupić).
- Hanji stwierdziła "że jest usmażona" w środku. Potrzeba by bardzo wysokiej temperatury - odpowiedział brunet, podnosząc oczy na sufit, w który wpatrywał się, jakby szukając na nim rozwiązania.
- Czyli krew mogła zwyczajnie wyparować, jeśli nie wykrwawiono jej przed - dołożył blondyn, wpatrując się w swojego współpracownika.
- Najwyraźniej tak, bo nie ma żadnej możliwości by straciła tyle krwi bez żadnych poważniejszych ran, chyba, że zaraz Hanji tu wparuje krzycząc o tym jak znalazła rankę po igle pod kolanem czy pachą zmarłej - powiedział z dziwną dokładnością Levi, sprawiając, że Erwin zmarszczył brwi słysząc to.
- Przejrzała ją wystarczająco dokładnie by w raporcie stwierdzić, że niczego takiego nie ma - powiedział cicho przerzucając zdjęcia trupa i miejsca zbrodni. - Więc jakim cudem jej wnętrze zrobiło się tak gorące, by się ugotowała? Są jacyś ogniści nadnaturalni? - zapytał bruneta.
- Są, ale zostawiają po sobie siarkę a niczego takiego nie zauważono. Robota wiedźmy? - zastanowił się ten drugi, przygryzając swój kciuk w skupieniu.
- One też muszą po sobie coś zostawić. Więc oba są raczej wykluczone, chyba, że analiza ciuchów albo identyfikacja ofiary powie coś nowego - podsumował Smith, nadal uporczywie wpatrując się w zdjęcia z nadzieją na zauważenie czegoś, czego nie było.
- Do zupy jej nie wrzucili, z zewnątrz byłoby coś widać. Poza tym ją zostawili, więc chyba w Widowburgu kanibali nie ma - mruknął, jakby żartobliwie jego współpracownik. Na twarzy Erwina pojawił się uśmiech, lecz nie spowodowany dowcipnym komentarzem Leviego. Podsunął mu zdjęcie, zadowolony, że nie trzeba było szukać niezauważalnego z tropem znajdującym się prawie na każdym zdjęciu i wszechobecny na miejscu zbrodni.
- To mogła nie być zupa, nie ciepło - rzucił. - To mogła być elektryczność - podpowiedział, pokazując wyjętym zza ucha ołówkiem na ogromne linie energetyczne biegnące przez pole.
- Z zewnątrz nie ma śladu. Są nadnaturalni wpływający na elektryczność? - przekrzywił głowę brunet patrząc na swojego szefa, który uśmiechał się z ulgą, że znaleźli jakikolwiek trop.
- Przekonamy się. Leć do Hanji, do laboratorium i ją zapytaj. Ma niezdrową obsesję na punkcie nadnaturalnych, powinna coś wiedzieć - dostał w odpowiedzi. Prychnął, słysząc to.
- Dlaczego ja miałbym to zrobić? Możesz sam tam iść - mruknął, niezadowolony.
- Bo ładnie cię proszę - powiedział Erwin przesadnie słodkim tonem, nachylając się w jego stronę. - Przepraszam Levisiu, nie powinienem ci rozkazywać. Może zrobić ci herbatki, mój drogi? - kontynuował tym samym nienaturalnym tonem. Jego podwładny prychnął i odsunął się krzesłem jak najdalej od blondyna. Podniósł się szybko i zaczął dreptać w stronę wyjścia.
- Idę do laboratorium, dziwaku - rzucił, nawet się nie odwracając. Erwin prawie się zaśmiał gdy obserwował zamykające się za nim drzwi.
- Mógłbym przysiąc, że ma w sobie bardziej coś z kota - mruknął do samego siebie, po chwili wracając do akt.

:3

Obserwatorzy