Caspian spojrzał najpierw na tatę Daniela, a potem na jemiołę, a następnie rozejrzał się dookoła.
- Czemu nie? Może być ładną dekoracją - stwierdził, kompletnie nieświadomy podtekstu.
Problemem Caspiana, prócz ADHD i braku pieniędzy, było występowanie tylko dwóch trybów - totalny paraliż analityczny - przemyśliwanie każdego, najmniejszego ruchu, uśmiechu i spojrzenia lub nieświadomość. Nic pomiędzy i nie wiadomo, co gorsze.
Grafik okazał się świetnym narzędziem przełamywania lodów, jak zwykle.
- Dostałem Grafika od siostry i mamy, trzy albo cztery lata temu. Fundacja ogłosiła jego adopcję, bo nie przeszedł do końca testów, które powinien przejść, żeby zakończyć szkolenie. Zaliczyl wszystkie te śmieszne rzeczy z pilnowaniem emocji, pocieszaniem i tym podobne, ale okazał się zupełnie bezużyteczny - Caspian teatralnie zasłonił Grafikowi uszy - bo ma za dużo wolnej woli.
- To chyba raczej dobra cecha - wtrąciła mama Daniela.
Blondyn potrząsnął energicznie głową, gestykulując, jakby od tego zależało jego życie.
- Być może, ale jeśli nauczyło się psa, jak otwiera się szafki, lodówkę i drzwi, zapala światło i dzwoni dzwonkiem, to okazuje się nieciekawie. Teraz jak jest starszy, to trochę mu przeszło, ale kiedy był młody, to często kradł jedzenie z lodówki albo wyciągał ubrania z szaf. Tydzień temu wróciłem do domu w nocy, nikogo z moich współlokatorów nie było, ale światła wszędzie pozapalane. Byłem pewien, że ktoś się włamał, ale nie, to tylko ten kolega postanowił rozświetlić sobie czas.
Pudel zamerdał ogonem, widząc, że uwaga skupiła się na nim. Nie bardzo wiedział dlaczego, ale cóż, kiedy jest się tak cudownym, trudno nie zwracać uwagi, nie?
- Ale wracając, jakoś rok po tym jak go dostałem, to prawie przestał chodzić. Tak znienacka. Mieszkałem wtedy jeszcze z mamą i chodziłem do szkoły, więc poszedłem na wagary i do kliniki. Zrobili badania i wyszła jakaś choroba stawów i trzeba było operować. Summer napisała do fundacji, a oni zgłosili sprawę do hodowli. Pokryli połowę kosztów leczenia, ale nadal to było sporo kasy, więc poszedłem do pracy i-
- Czekaj, czekaj, ile miałeś lat?
Caspian zamrugał zaskoczony, skupiony całkowicie na swojej opowieści. Przez chwilę przeliczał w głowie.
- Szesnaście? Nie jestem pewien, na pewno chodziłem wtedy do liceum, ale nie wiem, do której klasy. Musiałbym spytać mamy.
- I pracowałeś w dni szkolne?
Blondyn zawahał się, nieco niepewny, skąd to zdziwienie.
- No, tak. Nie zarobiłbym na leczenie, gdybym pracował tylko w weekendy. Ale to nie tylko ja, spora część moich znajomych też pracowała. Tylko ja miałem strasznie kiepskie godziny. Bo pracowałem w takiej kawiarni, która była otwarta od 6. W pracy musiałem być godzinę wcześniej, więc wstawałem o 4. Wyjaśniłem sprawę szefowi, bardzo w porządku facet i podzielił mi godziny. Więc pracowałem od 5 do 9 i potem na resztę zmiany przychodziłem już po szkole. Gdyby nie godziny, to zostałbym tam dłużej, miła praca. Poznałem fajnych ludzi. No i naprawiłem Grafika. Teraz tylko pilnujemy wagi i wszystko będzie w porządku.
Caspian spojrzał w stronę Daniela i łapiąc jego wzrok, uśmiechnął się promiennie. Za nim lśniły świąteczne dekoracje, które zwróciły jego uwagę.
- Właśnie, póki pamiętam, mama upiekła ciastka i dała mi je ze sobą. Są naprawdę świetne.
Pudełko wygrzebane z plecaka było nieco zgniecione, ale słodycze w środku wciąż wyglądały fenomenalnie. Matka nie dopuściła Caspiana do procesu dekoracji całej partii, więc tylko kilka z nich wyglądało jak ozdobione przez bardzo zaangażowanego pięciolatka.
- Cóż, jeśli smakują tak jak wyglądają, to muszą być rzeczywiście cudowne.
Chłopak uśmiechnął się dumnie do taty Daniela.
- Mama jest cukiernikiem z zawodu. Do tej pory nie wybaczyłem sklepowym biszkoptom tej strasznej zdrady.
- Niech zgadnę, te są twoje? - Daniel trzymał w ręku bardzo, bardzo żółte niewiadomoco, z czerwono - białym kleksem u góry.
- Tak! Mógłbyś zgadywać, ale nawet Summer się nie domyśliła, co to jest.
- Ja chyba wiem.
Caspian spojrzał na mamę Daniela, z nadzieją w ogromnych oczach.
- Będę panią kochać na zawsze, jak się pani domyśli - wypalił, szczerząc się.
- To... Grafik? W czapce Mikołaja.
- Ding, ding, ding! Mamy zwycięzcę! Chyba zmieniam twój status ulubionego członka tej rodziny, Daniel.
Danny boy?
wtorek, 9 lipca 2019
“We don't meet anyone by chance.”
Alex nie miał co protestować - mimo, że cały ten entuzjazm Dylana momentami go przytłaczał, para, którą dzięki bogom (Biance) poznał, była bardzo przyjazna i dobrze czuł się w jej towarzystwie. Tym bardziej gdy Bianca z jakiegoś nieznanego mu powodu wyczyściła mu większość grafiku na ich wspomnienie, jakby chciała, żeby spędził z nimi czas.
Nie przeszkadzało mu to zupełnie, w ciągu zaledwie paru godzin dostał ogromnego zastrzyku inspiracji, dziękując bogom (Biance) za ich rzeczywiście piękne, estetyczne twarze. Czuł nadal swego rodzaju poczucie winy, że jakoś odbiera wyraźnie zakochanej w sobie parze czas dla siebie, co tylko spotęgował fakt, że Dylan zaprosił go też na ich wieczorny spacer poza terenem konwentu, żeby poznać okolice wokół hotelu. Nie miał zupełnie nic przeciwko, Marley i tak potrzebował jeszcze jednego spaceru, ale dawno nie spędził tak dużo czasu z kimś poza Biancą. Nie pomagało też to, że nie ważne ile czasu spędzili razem Timothy wydawał się być kupką nerwów, nie pozwalając sobie rozluźnić się choć na chwilę. Było to dosyć rzadkie ale jakiś głos z tyłu jego głowy mówił mu, że byłoby lepiej, jakby zostawił ich już samych. Ale nie umiał odmówić - nie mógł się przed sobą przyznać do istnienia jakiegoś problemu.
Tylko raz zaczął przeklinać bogów (Biancę), mianowicie, kiedy Dylan przeprosił ich i odszedł na chwilę, tłumacząc się potrzebą nakręcenia scenerii nad rzeczką, którą przekraczali właśnie mostem. Zostawił więc ich trójkę, siedzących sobie grzecznie na ławeczce po drugiej stronie. Alex życzył sobie by panowała między nimi przyjemna cisza, jednak mógł wyczuć jak zdenerwowanie emanuje od Timothy'ego niczym jakaś ciemna energia. Sam też dawno nie był w takiej sytuacji, dawno nie czuł potrzeby zapełnienia czymś ciszy.
Jednak gdy młodszy chłopiec siedział skulony na drugim końcu krótkiej ławeczki, to właśnie Alexander poczuł i próbując nie myśleć zbyt dużo spróbował rozpocząć rozmowę. Odkaszlnął, próbując oczyścić gardło, sprawiając, że Timmy podskoczył a Marley spojrzał na niego bez żadnego wyrazu na pyszczku. Widząc reakcję chłopca, rudowłosy mężczyzna poczuł się niesamowicie zawstydzony. Wiedział, że czasem ludzie traktowali go jak celebrytę, panikując bez powodu podchodząc do niego, ale nie widział wcześniej, żeby ktoś się go po prostu bał. Zwrócił uwagę, że dawno też nie czuł się tak bezradny. Minęła chwila odkąd ostatnio miał taki mętlik odczuć w głowie, gubiąc się i potykając o wyraźny ich nadmiar. Spojrzał raz jeszcze na azjatę o oczach przestraszonej sarenki.
- Uhm... - Elokwentność, która była znaczną częścią jego pracy przed kamerą, nagle postanowiła go opuścić. - To był długi dzień, prawda? - mruknął, nie spodziewając się żadnej odpowiedzi poza pokiwaniem głową.
- Bardzo długi. Z chęcią bym się teraz zdrzemnął - powiedział natomiast Timmy, pocierając oczy dłoniami, rozcierając przy okazji brokat po całej swojej twarzy (dzięki bogom [nie Biance] za odporny na roztarcie tusz do rzęs).
- Marley chyba też - odpowiedział Alexander, patrząc z rozczuleniem na małego Westie, którego ślepka zamykały się samowolnie. Pies był bardzo dzielny - zniósł w ciągu jednego dnia wiele odczuć, poznał wielu ludzi, przez jeszcze większą liczbę był głaskany i miziany, nawet bez pytania. Alexander czuł wielką, największą dumę patrząc na swojego towarzysza na smyczy. Timmy wydał z siebie krótki, ale przynajmniej chyba szczery śmiech.
- Jakim cudem ty nie jesteś zmęczony? - zapytał i dopiero teraz Alexander poczuł, jak bardzo wyczerpany jest. Jego nogi wydawały się ważyć po dwie tony, głowa bolała od całodniowego nadmiaru bodźców i zdziwiło go to niesamowicie. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego jak się czuł.
- Jestem - uśmiechnął się jednak delikatnie. - Dzięki, że mnie przygarnęliście. Dawno nie spędziłem z nikim tyle czasu - mówiąc to spuścił wzrok na swoje stopy, jakby zawstydzony.
- To ja dziękuję - powiedział cicho Timothy. - Uszczęśliwiłeś dzisiaj Dylana na trzy tygodnie na zapas - stwierdził, patrząc z rozczuleniem w stronę swojego chłopaka.
- Mam wrażenie, że to nie było trudne - zaśmiał się lekko Alex. - Cieszy mnie to, że mam takich widzów, imponujecie mi - powiedział Alex, sam nie wiedząc skąd się to wzięło. Po prostu mówił i nagle to wyleciało z jego buzi. Dawno nie powiedział czegoś tak nieprzemyślanego. Spojrzał na wracającego z szerokim uśmiechem Dylana i stwierdził, że nie ma czym się przejmować. W końcu, powiedział samą prawdę.
To kiedy małe buby wpadają do Alexa?
Nie przeszkadzało mu to zupełnie, w ciągu zaledwie paru godzin dostał ogromnego zastrzyku inspiracji, dziękując bogom (Biance) za ich rzeczywiście piękne, estetyczne twarze. Czuł nadal swego rodzaju poczucie winy, że jakoś odbiera wyraźnie zakochanej w sobie parze czas dla siebie, co tylko spotęgował fakt, że Dylan zaprosił go też na ich wieczorny spacer poza terenem konwentu, żeby poznać okolice wokół hotelu. Nie miał zupełnie nic przeciwko, Marley i tak potrzebował jeszcze jednego spaceru, ale dawno nie spędził tak dużo czasu z kimś poza Biancą. Nie pomagało też to, że nie ważne ile czasu spędzili razem Timothy wydawał się być kupką nerwów, nie pozwalając sobie rozluźnić się choć na chwilę. Było to dosyć rzadkie ale jakiś głos z tyłu jego głowy mówił mu, że byłoby lepiej, jakby zostawił ich już samych. Ale nie umiał odmówić - nie mógł się przed sobą przyznać do istnienia jakiegoś problemu.
Tylko raz zaczął przeklinać bogów (Biancę), mianowicie, kiedy Dylan przeprosił ich i odszedł na chwilę, tłumacząc się potrzebą nakręcenia scenerii nad rzeczką, którą przekraczali właśnie mostem. Zostawił więc ich trójkę, siedzących sobie grzecznie na ławeczce po drugiej stronie. Alex życzył sobie by panowała między nimi przyjemna cisza, jednak mógł wyczuć jak zdenerwowanie emanuje od Timothy'ego niczym jakaś ciemna energia. Sam też dawno nie był w takiej sytuacji, dawno nie czuł potrzeby zapełnienia czymś ciszy.
Jednak gdy młodszy chłopiec siedział skulony na drugim końcu krótkiej ławeczki, to właśnie Alexander poczuł i próbując nie myśleć zbyt dużo spróbował rozpocząć rozmowę. Odkaszlnął, próbując oczyścić gardło, sprawiając, że Timmy podskoczył a Marley spojrzał na niego bez żadnego wyrazu na pyszczku. Widząc reakcję chłopca, rudowłosy mężczyzna poczuł się niesamowicie zawstydzony. Wiedział, że czasem ludzie traktowali go jak celebrytę, panikując bez powodu podchodząc do niego, ale nie widział wcześniej, żeby ktoś się go po prostu bał. Zwrócił uwagę, że dawno też nie czuł się tak bezradny. Minęła chwila odkąd ostatnio miał taki mętlik odczuć w głowie, gubiąc się i potykając o wyraźny ich nadmiar. Spojrzał raz jeszcze na azjatę o oczach przestraszonej sarenki.
- Uhm... - Elokwentność, która była znaczną częścią jego pracy przed kamerą, nagle postanowiła go opuścić. - To był długi dzień, prawda? - mruknął, nie spodziewając się żadnej odpowiedzi poza pokiwaniem głową.
- Bardzo długi. Z chęcią bym się teraz zdrzemnął - powiedział natomiast Timmy, pocierając oczy dłoniami, rozcierając przy okazji brokat po całej swojej twarzy (dzięki bogom [nie Biance] za odporny na roztarcie tusz do rzęs).
- Marley chyba też - odpowiedział Alexander, patrząc z rozczuleniem na małego Westie, którego ślepka zamykały się samowolnie. Pies był bardzo dzielny - zniósł w ciągu jednego dnia wiele odczuć, poznał wielu ludzi, przez jeszcze większą liczbę był głaskany i miziany, nawet bez pytania. Alexander czuł wielką, największą dumę patrząc na swojego towarzysza na smyczy. Timmy wydał z siebie krótki, ale przynajmniej chyba szczery śmiech.
- Jakim cudem ty nie jesteś zmęczony? - zapytał i dopiero teraz Alexander poczuł, jak bardzo wyczerpany jest. Jego nogi wydawały się ważyć po dwie tony, głowa bolała od całodniowego nadmiaru bodźców i zdziwiło go to niesamowicie. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego jak się czuł.
- Jestem - uśmiechnął się jednak delikatnie. - Dzięki, że mnie przygarnęliście. Dawno nie spędziłem z nikim tyle czasu - mówiąc to spuścił wzrok na swoje stopy, jakby zawstydzony.
- To ja dziękuję - powiedział cicho Timothy. - Uszczęśliwiłeś dzisiaj Dylana na trzy tygodnie na zapas - stwierdził, patrząc z rozczuleniem w stronę swojego chłopaka.
- Mam wrażenie, że to nie było trudne - zaśmiał się lekko Alex. - Cieszy mnie to, że mam takich widzów, imponujecie mi - powiedział Alex, sam nie wiedząc skąd się to wzięło. Po prostu mówił i nagle to wyleciało z jego buzi. Dawno nie powiedział czegoś tak nieprzemyślanego. Spojrzał na wracającego z szerokim uśmiechem Dylana i stwierdził, że nie ma czym się przejmować. W końcu, powiedział samą prawdę.
To kiedy małe buby wpadają do Alexa?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)