poniedziałek, 24 września 2018

"Does he realize he looks like a sunflower, ready to rain sunlight on all who look down upon him?"

Grafik był z pewnością psem niezwykłym. Odrzucony w czasie treningu na psa towarzyszącego, ze względu na zbyt wielki entuzjazm, stanowił dla Caspiana towarzysza doskonałego. Matka chłopca zastanawiała się jednak czasem ze smutkiem, czy nie jedynego. Poza pudlem przyjaciół nie miał, kolorowa osobowość odrzucała ich po miesiącu, czasem dwóch, zostawiając chłopca we łzach, ze złamanym na nowo sercem, skarżącego się matce, bez zrozumienia jednak problemu, jakim był przecież on sam. Żal mijał tak szybko, jak się pojawiał, a w życie Caspiana wkraczała po jakimś czasie nowa osoba, by znów go potem pozostawić. Owszem, nastolatek miał licznych kolegów, a jego współlokatorzy trzymali się go twardo, nikt jednak nie próbował być przy nim jako przyjaciel.
Nic więc dziwnego, że w momencie, kiedy Caspian z zachwytem zaczął opowiadać o kolejnej osobie, jego rodzicielka przewróciła jedynie oczami, kiedy syn nie mógł zobaczyć jej twarzy, przewidując tragiczne zakończenie kolejnej znajomości. Nie dziwiła jej wcale fascynacja chłopca Danielem, uwielbiał ludzi połączonych ze sztuką, o konkretnym sposobie życia, kompletne jego przeciwieństwa. Z pobłażliwością traktowała te wywody, toczone najczęściej w ciasnej kuchni rodzinnego mieszkania. Summer z początku nie zwracała na brata zbytniej uwagi, korzystając z okazji, by ukraść do siebie Grafika. Dopiero po kilku dniach zatrzymała się przy pokrytym mąką stole, by posłuchać, co takiego Caspian miał do powiedzenia.
- On ma taki świetny aparat! I robił mi zdjęcia! Dużo zdjęć. Poszliśmy wszędzie, gdzie chciałem i pozwolił mi wejść do fontanny! - chłopak machnął szeroko ręką, omal nie zrzucając ze stołu miski z wydrylowanymi wiśniami.
Sam je zresztą oczyszczał, czego ślady widniały na piegowatej twarzy i dłoniach.
- Co on tak w ogóle robi, hm? - Summer wychyliła się, by ukraść trochę owoców, trzepnięta z miejsca przez matkę.
- Studiuje fotografię - odparła kobieta, skutecznie unikając całego wykładu syna, na temat studiów.
- Student... Na bogato!
- Nie bądź wredna, słońce.
Caspian przytaknął matce, wykrzywiając się do Summer.
- Muszę już iść - westchnął po chwili, spoglądając na zegar, wiszący na żółtej ścianie.
- Pamiętaj, żeby zrobić zakupy, kiedy będziesz wracał. Znowu schudłeś.
Rzeczywiście, stare, poprzecierane dżinsy znów na nim wisiały. Były też odrobinę zbyt krótkie, odsłaniając chude kostki.
- Zrobię, zrobię. I to dlatego, że tyle się teraz dzieje.
- U ciebie zawsze się tyle dzieje - Summer uśmiechnęła się, pociągając brata za rozwichrzone włosy.
Przedrzeźniali się chwilę, po czym Caspian wciągnął na bose nogi brudne tenisówki i wyszedł z mieszkania, omal nie zapominając Grafika. Wieczór nadciągał coraz wcześniej, a chłopak wciąż zapominał o nadchodzącej jesieni, ubierając się stanowczo zbyt lekko. Cienki sweter nie dawał wiele ciepła, Caspian jednak zdawał się o tym nie myśleć, skupiony na otaczającym go świecie. Chłodny wiatr rozwiewał mu włosy, mierzwiąc je jeszcze bardziej i wplątując w kosmyki fragment liścia, kiedy głowa chłopaka zahaczyła o drzewo. Patrząc pod nogi i kopiąc kamień Caspian dotarł na przystanek, opadając na ławkę. Jedynym jego towarzyszem był skulony na drugim krańcu bezdomny, który zupełnie nie zwrócił na chłopca uwagi, gdy ten zaczął bawić się komórką. Gdy tylko podjechał pierwszy autobus, Cas natychmiast wsiadł, ciągnąc psa za sobą. Pojazd był prawie pusty, późna pora i chłód jesieni odstraszyły prawie wszystkich. Podciągając nogi pod brodę, Caspian usadowił się na siedzeniu, przyklejając nos do szyby. Kompletnie nie zauważył jednak faktu, że nie był to "jego autobus" i zmierzał na drugi koniec miasta. Bardziej niż cel fascynowała go podróż, mijani przechodnie, drzewa i ruch uliczny. Pomachał z uśmiechem do kierowcy samochodu, stojącego obok na światłach. Mężczyzna zamrugał zdezorientowany i odmachał bez przekonania.
Dopiero po ponad pół godzinie Caspian zorientował się, że nie jedzie tam gdzie powinien. Wysiadł na najbliższym przystanku, po czym ruszył przed siebie, nie bardzo wiedząc co zrobić. Przypomniały mu się słowa matki, więc skręcił do sklepu. Tam, podejmując niesamowicie istotną kwestię płatków śniadaniowych, zaskoczył go znajomy głos.
- Caspian? Co ty tu robisz?
Chłopak odwrócił się, by z szerokim uśmiechem wylewnie przywitać Daniela, opowiadając mu, jaką ofiarą losu się okazał, że się zgubił, że wsiadł w zły autobus, że nie wie, gdzie dokładnie jest. W takich chwilach Caspian upodabniał się do swojego psa, wibrując nieomal entuzjazmem własnej opowieści i niespodziewanego spotkania. Gdyby miał ogon, to niczym Grafik, machał by nim szaleńczo.
- Dobrze, już dobrze. Bierz, co trzeba i zaprowadzę cię do domu - Daniel uśmiechnął się.
Nie sposób się zresztą było nie uśmiechnąć, wobec prawie łaszącego się do niego chłopaka i jego psa, który również witał się wylewnie.
Razem dokończyli zakupy i wyszli ze sklepu. Caspian omal nie potknął się o wystającą część chodnika. Dzięki Danielowi udało im się wsiąść do odpowiedniego autobusu, który był równie pusty, co feralny autobus Caspiana. W czasie podróży chłopak przysypiał nieco, z głową na ramieniu Daniela, znużony dniem. Baterie wyczerpywały mu się w najbardziej losowych momentach. Grafik również zasnął, zwinięty pod nogami swojego pana.
Obudził ich dopiero ostatni przystanek, który Caspian z zadowoleniem poznał. Stamtąd był już w stanie doprowadzić Daniela do swojego osiedla, odzyskując swoją zwykłą energię.
- Chcesz się jutro spotkać? - blondyn zatrzymał się przed klatką, by pożegnać się ze swoim towarzyszem.
- Czemu nie. Chciałem ci w sumie zrobić jeszcze kilka zdjęć z Grafikiem, możemy to zrobić przy okazji.
- Widzisz, Grafik, słońce ty moje, też będziesz miał ładne zdjęcia! - rozentuzjazmował się Caspian, zaczepiając psa.
Daniel uśmiechnął się tylko ciepło.
*** 
W swojej wielkiej, czerwonej bluzie Caspian rzucał się w oczy równie wyraźnie, co znak stop. Tonął w materiale cały, widocznie z tego zadowolony - chłodny wiatr nie dosięgał go już z taką mocą. Czerwień pomogła również Danielowi w znalezieniu go, bo na miejsce spotkania Caspian nie dotarł, zajęty grzebaniem między liśćmi około dziesięciu metrów dalej. Fotografa znalazł Grafik, który przywitał się dystyngowanym liźnięciem po twarzy, by powrócić do swojego pana i z wielką uciechą rzucić się mu na pomoc, wpadając przy tym w kupy liści.
- Co robisz?
Caspian drgnął, zaskoczony, i odwrócił się, wyciągając przed siebie ręce.
- Szukam kasztanów! - pokazał już znalezione skarby, po czym znów schował je do kieszeni.
Zajęcie to zaaferowało ich na dobre kilka minut, jednak uwagę zarówno Caspiana jak i Grafika oderwała ruda wiewiórka, która nagle zeskoczyła z drzewa, gnając przed siebie w kierunku tylko jej znanym. Oczywiście, po drobnej chwili zdumienia obaj podążyli za zwierzątkiem, zdeterminowani, by je wytropić. Wczuli się w to na tyle, że w obu złotych czuprynach pełno było liści i gałązek.
- Uciekła nam - stwierdził Caspian żałośnie, powracając do Daniela.
- Jakoś mnie to nie dziwi - czarnowłosy z rozbawieniem opuścił aparat, by wyjąć z włosów kolegi liście.
Pies otrzepał się sam.
- Idziemy nad strumień - zarządził nagle Caspian, ruszając się z miejsca.
- Coś ciekawego?
- Kaczki!
Słowo kaczki wystarczyło, by pchnąć do działania również Grafika, z którym Caspian postanowił się do stawu ścigać.
Nic więc dziwnego, że na brzegu stanęli zdyszani. Chłopak wpadł na mostek, dudniąc na deskach i przewiesił się przez barierkę, by popatrzeć w dół, na wyraźne w wodzie ruchy ryb. Grafik wychylił się przez niższą belkę, chcąc sprawdzić, co było takie ciekawe. Znudził się jednak i z mostku zbiegł na brzeg, by moczyć łapy w zimnej wodzie. Caspian tymczasem pozostał w miejscu, oglądając się na Daniela. Przez moment patrzyli razem na szybkie, srebrzyste rybki, uwijające się pośród kolorowych kamieni.
- Myślisz, że dałbym radę złapać jedną? - odezwał się ni z tego ni z owego Caspian.
Danielowi udało się na szczęście wyperswadować mu pomysł włażenia jesienią do wody i płoszenia zupełnie niewinnych zwierzątek. Kaczki się nie pojawiły.
***
- Chodźmy na lody - westchnął Caspian, przystając nagle pośrodku parkowej ścieżki.
- Jest zimno.
- Ale looodyyyy - blondyn uwiesił się rękawa nieszczęsnego Daniela, robiąc przy tym swoje najpiękniejsze, szczenięce oczy.
- Dobrze. Niech będzie. Ale potem mnie nie wiń, jak się rozchorujesz.
Caspian przytulił go znienacka, obiecując entuzjastycznie, że się nie rozchoruje, nie ma wcale zamiaru.
Lody usatysfakcjonowały go na dość długi czas. Grafik dostał małą porcję dla siebie i z podobnym do swojego pana uwielbieniem wymalowanym na pysku wylizywał kubeczek. Brudzili się przy jedzeniu też podobnie, obaj pięknie wysmarowani. Ofiarowana chusteczka okazała się przydatna i po wytarciu własnej twarzy, Caspian wytarł też psa, mówiąc mu przy tym o bezzasadności jedzenia brudnych chusteczek.
- Zadowoleni? - entuzjastyczne skinięcie głową było wystarczającą odpowiedzią na pytanie Daniela.
- Gdzie idziemy teraz?

My boiiii? 
 
KACZKI

sobota, 8 września 2018

“I’ve seen a look in dogs’ eyes, a quickly vanishing look of amazed contempt, and I am convinced that basically dogs think humans are nuts.”

Otrzepał spodnie, patrząc na Carrie bez wyraźnego zainteresowania.
- Nie - odparł, po czym ruszył z powrotem do swojego biurka.
Jeszcze zanim zdążył usiąść, dziewczyna znalazła się przy nim, marudząc jak dziecko.
- Czemu nie? - jęknęła, wieszając się na jego krześle.
- Bo nie. Nie chodzę na drinki z byle kim - prychnął, wracając do projektu.
- Jak to z byle kim? To ja jestem byle kto?
Przewrócił oczami, kiedy zabrała mu myszkę.
- Nie znam cię. Mam psy pod opieką.
- Przyda ci się przerwa, zawsze wyglądasz, jakby cię ktoś przed chwilą rzucił - westchnęła, puszczając mimo uszu uwagę, że jej nie zna.
- Bywa. Nie muszę dobrze wyglądać - wzruszył ramionami, odchylając się na krześle.
- Nie mówię, że źle - parsknęła, pociągając go za materiał swetra.
Odsunął jej dłoń zdecydowanym ruchem. Zaintrygowany Sol przerwał swoją drzemkę i wyjrzał spod biurka.
- Choooodź ze mną. Co ci szkodzi?
- Jesteś strasznie marudna - westchnął, głaszcząc psa, który z zadowoleniem otarł się pyskiem o jego dłoń.
- To moja największa zaleta! - wyszczerzyła się w uśmiechu.
Spojrzał w bok, a potem znów na psa i nagle uśmiechnął się lekko.
- Dobra.
Nie oczekiwał aż tak głośnego pisku radości. Sol otrzepał się i znów zniknął pod biurkiem.
- Pod jednym warunkiem.
Carrie zatrzymała się w środku tańca zwycięstwa.
- Pomożesz mi z ogarnięciem psów. I zrobisz wszystko, czego będę wymagał - odwrócił się do dziewczyny.
- Okej - wyciągnęła do niego dłoń.
Potrząsnął nią, teatralnie przypieczętowując umowę.
***
Dzień pracy skończył się zaskakująco szybko. Jasper, który już prawie zapomniał o całej sytuacji, niemal dostał zawału, kiedy Carrie stanęła przy jego biurku, pod którym zniknął, by przepiąć smycz Sola.
- Och... A już miałem nadzieję - westchnął ciężko, mijając Carrie z psem u boku.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo!
Zszedł na parking, jak zwykle lekko zgarbiony, owijając smycz wokół przedramienia, żeby wyciągnąć kluczyki z kieszeni.
- Co ty jesteś, matka wielozadaniowa? - spytała Carrie na widok jego vana.
- Poniekąd - odparł,  otwierając boczne drzwi, by pies mógł wskoczyć do środka. Odpiął smycz, gdy tylko pies ułożył się wygodnie i poklepał go po grzbiecie.
- Wsiadaj - rzucił tylko do dziewczyny, samemu siadając za kierownicą.
W czasie jazdy próbował zignorować jej paplaninę i omal nie trafił go szlag, gdy zmieniła stację radiową po raz enty.
- Wyjeżdżamy z miasta...
- Brawo, geniuszu - mruknął tylko.
- Mieszkasz na przedmieściach? Borze, ty naprawdę jesteś typową mamą. Na jakie zajęcia dodatkowe są zapisane twoje dzieci? - Carrie zaśmiała się, przylepiając nos do szyby.
Rzucił jej krótkie spojrzenie, by znów wbić wzrok w drogę przed nimi.
- Sol i Rum chodzili na podstawy posłuszeństwa. Resztę wytrenowałem sam.
- Czyli nauczanie domowe? Nie łamiesz żadnych stereotypów.
- Spadaj.
Po opuszczeniu miasta korki skończyły się, więc droga do domu nie potrwała długo. Jasper gładko wprowadził vana na podjazd i wysiadł, by wypuścić psa, nie kłopocząc się nawet zapinaniem go na smycz.
- Idziesz?
Jas odwrócił się do Carrie, rozglądającej się po osiedlu.
- Tak! Zastanawiam się tylko, czy obserwuje nas tu jakiś lokalny monitoring.
- Pani Collins na pewno. Nie przepuści okazji, żeby stwierdzić, że na pewno jestem alfonsem.
Nim Carrie zdążyła zacząć zgłębiać temat, Jasper otworzył drzwi. Powitało ich podekscytowane szczekanie i nikły zapach moczu.
- Dzień dobry kochani - wymruczał Jasper, starając się pogłaskać każdego z witających go psów.
Odłożył klucze na wysoką szafkę na buty, ściągając swoje i pozostawiając je równo ustawione przy ścianie. Domek był rzeczywiście niewielki. Ściana kiedyś dzieląca przedpokój od pokoju dziennego została wyburzona, więc stanie przy drzwiach balkonowych dawało teraz widok na drzwi balkonowe po drugiej stronie pomieszczenia. Z lewej strony znajdowały się zamknięte drzwi, prowadzące do sypialni, a kuchnia była oddzielona od głównego pokoju tylko półścianką. Mebli było niewiele, telewizor, który najlepsze czasy miał już za sobą, nosząca ślady zębów kanapa, porozstawiane psie legowiska i gramofon w rogu, z oddzielną szafką na winylowe płyty. W kuchni znajdowały się kolejne zamknięte drzwi, za którymi kryło się pomieszczenie będące kiedyś spiżarnią, obecnie robiące za składzik wszelkich psich zapasów. Schody na piętro dawały dostęp do łazienki i sypialni gościnnej, w której jedynym gościem były czasem tylko szczególnie młode mioty szczeniąt, dla których domem tymczasowym był Jasper.
Wszystkie podłogi wyłożone były panelami, bez żadnych dywanów. Ich brak wyjaśniała kałuża moczu, którą anioł pościerał natychmiast.
- Trzeba podać leki tym, którzy je biorą, wyczesać te najbardziej futerkowe, bo zawsze robię to kiedy wracam i potem wyprowadzić je na spacer - wyjaśnił, wyrzucając mokry papier do kosza.
- Nie załatwiają się w ogrodzie? - Carrie wskazała kciukiem drzwi balkonowe z wbudowanymi drzwiczkami dla psów.
Jasper potrząsnął głową.
- Jest za mały, uznają go za przedłużenie domu, w którym nie powinny się załatwiać. Jak widać, nie wszystkim to wychodzi.
Spojrzał w stronę Cookie, najbardziej prawdopodobniej sprawczyni tego zamieszania. Wydobył ze schowka szczotkę i wiaderko, po czym podał je Carrie.
- Wyczesać trzeba Sola, Cookie i Grappę, ale ją zostaw mi.
- Czemu? Ja lubię najbardziej - dziewczyna spojrzała na niego błagalnie.
- Mogłaby cię ugryźć. Nie przepada za czesaniem.
Sam Jasper zaczął przygotowywać porcje leków i suplementów, dla każdego z psów oddzielną miseczkę. Kątem oka obserwował z delikatnym uśmiechem, Jak Carrie przywołuje psy do siebie i przemawia do nich powoli, tłumacząc potrzebę czesania.

Carrie?

piątek, 7 września 2018

“For me, the camera is a sketch book, an instrument of intuition and spontaneity.”

Simon od paru dni nie przestawał jęczeć. Poważnie, cały czas jęczał, bez żadnego konkretnego powodu.
- No ale po co ci kot? Przecież masz nas - przeciągnął się na kolanach Daniela, poruszając kolejny nieistotny temat. Młody mężczyzna słysząc to przewrócił oczami.
- Masz rację - powiedział, obserwując zachwyt, który pojawił się na twarzy kotołaka. - Powinienem wziąć jakąś kocicę, może wtedy w końcu miałbyś dziewczynę - dokończył brunet z kamiennym wyrazem twarzy, spychając z siebie Simona i wstając. Ignorując chłopaka patrzącego na niego wilkiem (a może tygrysem, ha ha) Daniel stanął przed lustrem i rozpuścił włosy z wygodnego kucyka. Przeczesał je trochę palcami, lecz po chwili stwierdził, że w kucyku wyglądał troszeczkę lepiej, więc znów je związał. Wydaje się, że młody kotołak zapomniał już o tym jak Daniel okrutnie go uraził, bo przypatrywał mu się z ciekawością.
- Jest weekend a ty wychodzisz? Co sprawiło, że ruszasz swój tyłek spod koca? - zapytał z zainteresowaniem a niebieskooki pokazał mu język. Otworzył drzwi szafy, szukając czegoś odpowiedniego. Jako wieczny zmarzlak cieszył się z tego, że było ciepło lecz jego garderoba zawsze wydawała się na ten okres nieprzygotowana, wypełniona wszystkimi moimi swetrami i bluzami. Wtedy wypatrzył kwiecistą koszulę na krótki rękaw, którą podarowała mu już jakiś czas temu mama. Mimo, że była kompletnie nie w jego stylu, założył ją na podkoszulkę, w której spał i zapinając guziki zaczął odpowiadać na pytanie Simona.
- Nasz wykładowca od fotografii dał nam już temat tegorocznej pracy zaliczeniowej. Mamy wykonać cały album fotograficzny. Teoretycznie jest już wcześnie, ale znalezienie koncepcji, robienie zdjęć, ich edycja, stworzenie jakiejś logicznej kompozycji... Trochę czasu trzeba na to wszystko - Daniel wyjaśnił, to co dla niego było całkiem logiczne. - Słowem klucz jest Widowburg, reszta zależy od nas. Dlatego wychodzę dziś się pobłąkać po mieście, poszukać pomysłów i porobić już jakieś zdjęcia - dokończył a Simon pokiwał głową i wyciągnął się wygodniej na moim łóżku. 
- To ty idź a ja skorzystam z twojej nieobecności i wygodniejszego materaca - wymamrotał, prawdopodobnie odpływając. To ile ten chłopak potrafił spać, było niemożliwe. Daniel parsknął, łapiąc swoją torbę listonoszkę, w której miał część swojego sprzętu, w tym aparat, którego młody fotograf nie miał jeszcze zbyt często okazji używać.
- Nie ma mowy, zmiataj do siebie, sierściuchu - rzucił na co Simon wysłał mu obrażone spojrzenie, ale jednocześnie zaczął się podnosić i po chwili szurał kapciami kiedy szedł do swojej sypialni. 
- Miłego! - życzył Danielowi, który zakładał swoje buty. Może i było ciepło, ale to nie znaczyło, że nie mógł założyć glanów.
- Tobie też! - powiedział i już był za drzwiami. 
***
Siedząc na ławce w parku Daniel przeglądał zdjęcia, które zdążył zrobić przez jakieś cztery godziny, które spędził poza domem i ledwo powstrzymywał jęk frustracji. Sprzęt był świetny i zdjęcia były bardzo przyjemne lecz każde było jakby z innego świata lub wydawały się chłopakowi zbyt przeciętne. Westchnął i oparł się o mało wygodne oparcie. Chcąc dać sobie chwilę odpoczynku wyciągnął z kieszeni telefon i odkrył, że miał sporo nieodczytanych wiadomości. Nie trudno zgadnąć, że większość pochodziła od Caspiana.

Caspian
spędziłam całą noc oglądając harry'ego pottera
spędziłem* literówka ups
czy ktokolwiek w tej szkole jest puchonem
zrobiłem test
ja jestem
upiekłem ciasteczka
dużo ciasteczek
nie mogłem się zdecydować na smak
więc zrobiłem kilka
jakie lubisz ciastka?
jak takich jeszcze nie mam to ci zrobię 
ja najbardziej lubię te ze wszystkim
Summer przyjechała
zjadła trochę ciasteczek ale przez większość czasu pomagała mi sprzątać kuchnię
ona jest ze slytherinu!!!!!!
chyba
Danieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeel
gdzie jesteś
podlałem już wszystkie kwiatki w mieszkaniu

Daniel uśmiechnął się do siebie, mimo nadmiaru losowych informacji. Mimo, że nie wyglądało by Caspian był nim w jakikolwiek sposób zainteresowany, chłopak zawsze jakoś urozmaicał jego dzień.

Daniel
Też jestem puchonem.
Wszystkie ciastka są okej.
Błąkam się po mieście robiąc zdjęcia.
Czy ty nie mówiłeś mi ostatnio, że masz u siebie tylko sztuczne kwiatki?

Nie musiał czekać długo na odpowiedź - prawdopodobnie oderwał Caspiana od jakiejś zupełnie losowej czynności ale nie mógł się tym jakoś zbytnio przejąć.

Caspian
oj.
czy mogę z tobą??
proszę proszę pros
mooooogę? 

Mimo, że chłopak nie był pewien czy przy słonecznej osobowości Caspiana da radę się skupić na swoim zadaniu, po chwili wysyłał mu lokalizację parku, w którym odpoczywał. Blondyn dość prędko wyszedł z domu, lecz Daniel i tak musiał czekać na niego dłużej niż potrzebne. Gdy tylko przyszedł, Caspian zaczął opowiadać jaki śliczny piesek szedł przed nim i dlaczego przez to trochę zszedł z trasy. W pewnym momencie chyba coś sobie uświadomił i przeprosił Daniela za to, że się spóźnił, trzy razy. W tym momencie Daniel musiał wyciągnąć rękę i złapać chłopaka za łokieć, bo ten, skupiony na swojej opowieści nie zauważył, że ruszyli już w nieznanym nikomu kierunku i zbliżyli się do przejścia dla pieszych. Wtedy zainteresował go aparat w rękach studenta. 
- Mogę zrobić zdjęcie? - zapytał z miną małego szczeniaczka. Daniel obawiając się trochę tym co mogłoby się stać gdyby tamten się rozproszył, zamiast dać mu aparat do rąk, zawiesił go na szyi swojego towarzysza i włączył automatyczne ustawienia. Caspian od razu zakręcił się w miejscu, celując obiektyw w losowe miejsca. W końcu, głównie przez przypadek zrobił zdjęcie swoich nóg w fioletowych trampkach. Rozmazane. Daniel jak je zobaczył, rozczulił się - wyglądało jak zrobione przez dziecko. 
- Jakie jest twoje ulubione miejsce w mieście? - zapytał, nie mając nic do stracenia.
- Oczekujesz jeszcze, że wybiorę jedno? - Caspian odpowiedział pytaniem na pytanie z bardzo szerokim uśmiechem. 
- Zupełnie nie. Damy dzisiaj zaliczyć wszystkie na liście? - uśmiechnął się gdy blondyn po chwili zastanowienia pokiwał głową.
- A więc prowadź - powiedział, roztrzepując włosy chłopaka.

***
Pierwsze miejsce nie powinno być dla nikogo zaskakujące, jeśli znało się Caspiana. Mimo, że miał on na początku trochę problemu z wyborem tego gdzie powinni pójść, po jakiś dwudziestu minutach trafili na plac zabaw na losowym, zaskakująco cichym osiedlu. Było pusto - gdy Daniela to zastanowiło, kolega wyjaśnił mu, że w pobliżu znajduje się nowszy i ciekawszy plac zabaw, którego wolą dzieciaki. Caspian szybko pognał na huśtawkę, ciesząc się skrzypieniem, które rozległo się gdy zaczął się bujać. Brunet zaczął rozglądać się po tym miejscu, co jakiś czas zatrzymując się by ująć coś w swoim kadrze. Jego spojrzenie jednak cały czas uciekało w stronę Caspiana. Może to dlatego, że chłopak miał na sobie ogromną, czerwoną bluzę, ale jak zwykle, trudno było oderwać od niego wzrok.
- Zatrzymasz się na chwilę? - zapytał młodszego od niego chłopaka, który zdążył się porządnie rozhuśtać. Trochę mu to zajęło, zwłaszcza, że w trakcie prawie spadł z deseczki pełniącej funkcję siedziska, ledwie unikając lądowania twarzą w piachu. Wysłał Danielowi zaciekawione spojrzenie. Ten poprosił go o sekundę cierpliwości (Caspiana!) i kucnął parę kroków od niego, robiąc mu szybkie zdjęcie. Jako, że chłopak miał na nim zaskoczoną minę, zaczął domagać się drugiego zdjęcia, choć i tak nie miał pojęcia jak do niego zapozować. Gdy znów prawie zrobił sobie krzywdę, Daniel kazał mu po prostu usiąść i patrzeć w obiektyw - czego z jakiegoś powodu, mimo pewności siebie, Caspian nie potrafił zrobić, spuszczając wzrok na trawnik obok niego. Daniel był widocznie bardzo zadowolony z efektu bo podbiegł i uściskał chłopca. Szybko się odsunął i złożył ręce przed sobą w prawdziwie błagalnym geście.
- Caspianie, czy zostaniesz moim modelem? - zapytał, formując już pomysł na album w głowie. Nie wiedział, co siedziało w głowie Caspiana gdy milczał przez chwilę lecz potem ochoczo pokiwał głową zgadzając się.
***
Byli wyczerpani. W stu procentach wyczerpani. Był już wieczór, dość późny, oni natomiast siedzieli w lokalnym In-n-out, zjadając frytki i inne tłuste jedzenie i chichocząc z niektórych zdjęć, zachwycając się innymi. Danielowi udało się zapełnić całą kartę pamięci (zajął nawet trochę miejsca na zapasowej, którą miał przy sobie). Całą rolkę zapełnioną miał Caspianem w losowych, ale zawsze urokliwych lokacjach. Poza zdjęciem na huśtawce, ulubionym zdjęciem Daniela, było to zrobione przy fontannie przed jednym z muzeów - gdy student myślał o jaką pozę poprosić chłopaka, ten już próbował wleźć do wody. Kiedy został powstrzymany, stwierdził, że nie ma zakazu. Daniel ofuknął go jednak, prosząc go chociaż o zdjęcie butów i skarpetek i podwinięcie spodni. Caspian, nieco niezdarnie lecz szczęśliwie bez katastrofy podszedł do środkowej misy, wkładając rękę pod wodę. Zdjęcie, wykonane już w okolicach zachodu słońca miało bardzo sielankową i nastrojową atmosferę i nie było ani jednej rzeczy, która by się w nim Danielowi nie podobała. Jeszcze nie wiedział, jak zatytułuje cały album, lecz zdecydowanie miał już pomysł na przedmowę i dedykację - obie poświęcone Caspianowi. Zamierzał pokazać, jak ważna czasami jest perspektywa innych na miejsca, które wszyscy kojarzymy. Spojrzał na swojego towarzysza, bardzo szczęśliwy i zadowolony. Poczekał aż chłopak skończył opowiadać o dwóch kompletnie niezwiązanych ze sobą artykułach, które przeczytał parę miesięcy temu.
- Dziękuję - powiedział, nie siląc się na barwne epitety i bawiąc się formą podziękowania. Uśmiech, który otrzymał w zamian, sprawił, że jego zmęczone serce chyba rozpłynęło się na milion kawałków.
- Odwaliłeś świetną robotę - dodał jeszcze. - Wiesz, że ludzie za taką pracę dostają wypłatę? - zapytał niepewnie, zastanawiając się, czego Caspian by od niego oczekiwał. Ten wyglądał na nieco obrażonego za to, że Daniel mógł jednak coś takiego sugerować. Może był tylko uczniem, ale nie był typem biorącym pieniądze od przyjaciół. Prychnął tylko na myśl o tym.
- Możesz mnie zabrać na lody - zasugerował, mając ochotę na nie od paru dni. Daniel udał przez chwilę, że się na tym zastanawia.
- Lody i przysługa? - nie odpuścił bez próby targowania się.
- Jaka przysługa? - przekrzywił głowę chłopiec.
- Jakakolwiek zechcesz - Daniel uśmiechnął się szeroko.
- Stoi - uścisnęli ręce, domykając umowę. To był dobry dzień.

Pup?

czwartek, 6 września 2018

"It’s clear to me. This guy’s a true monster."

Od momentu, w którym Erwin Smith wykonał chwyt poniżej pasa, włączając Leviego na siłę do własnej drużyny, ten skutecznie uprzykrzał mu życie. Stał się nieomal jego cieniem (o ile cień może być aż tak niski i blady), łażąc za policjantem wszędzie, rzucając małe, wredne uśmieszki i jeszcze bardziej uszczypliwe komentarze. Hanji obserwowała jego poczynania z szerokim uśmiechem i zachwytem, że jej chłopcy tak się świetnie dogadują. Reszta oddziału nie podzielała entuzjazmu laborantki dla ich małej wojny podjazdowej.
Erwin na niekończące się komentarze odpowiedział nawałem pracy. Levi przyjął stosy dokumentów i rzeczy do zrobienia z niejaką przyjemnością, co z pewnością nie było w zamierzeniach jego szefa. Erwin nie przewidział także tego, że nadgodziny sprowadziły się do tego, że on i Levi zostawali sami, bez rozładowującej emocje Hanji. To właśnie w czasie kolejnych nadgodzin mały żołnierz wyraził swoją głęboką dezaprobatę dla sposobu, w jaki Erwin pił herbatę. Ową dezaprobatę wyraził bardzo niecenzuralnie.Kończąc litanię przekleństw, która spotkała się z Erwinem złapanym za rękaw tuż przed wrzuceniem łyżeczki cukru do kubka, zaprotestował.
- Wiedziałem, że jesteś kompletnym barbarzyńcą, ale to już pieprzona przesada - warknął Levi, puszczając rękaw dopiero w chwili, kiedy był pewien, że łyżeczka nie znajdowała się już nad kubkiem.
- To tylko cukier. Nie przyzywa się nim demonów, chociaż nie wiem czy wiesz, biorąc pod uwagę to, jak bardzo jesteś gorzki - Erwin uśmiechnął się tym uśmiechem, którego Levi bardzo, bardzo nie lubił.
Za wiele było w tym uśmiechu arogancji.
- To jest, geniuszu, niszczenie perfekcyjnego napoju, jakim jest herbata. Idź, porwij sobie jakąś ładną dziewczynę, napadaj wioski z wrzaskiem, ale cukier precz od herbaty.
Levi zmrużył oczy, odsuwając się o krok, by wrócić do swojej pracy. Postanowił, że zignoruje krótki śmiech Erwina za jego plecami.
***
Z racji tego, że praca tylko Leviego cieszyła (o ile ta wiecznie skrzywiona kreatura mogłaby się cieszyć), Erwin wymyślił mu zupełnie nowe, pozornie niewinne wyzwanie.
- Nie mam dla ciebie nic nowego, więc ułóż te puzzle - powiedział, kładąc pudełko na lśniącym nieomal biurku Leviego.
Ten spojrzał podejrzliwie najpierw na teoretycznie spokojnego Erwina, a potem na resztę oddziału, wychylającą się z niezadowolonymi minami zza stosów dokumentów. Wszyscy jednak natychmiast odwrócili wzrok, łapiąc tylko spojrzenie byłego żołnierza.
- Żartujesz sobie do cholery?
- Absolutnie nie. To jest polecenie służbowe. Masz. Ułożyć. Puzzle - Erwin uśmiechnął się niewinnie, po czym odwrócił się i odszedł.
Levi patrzył przez chwilę za nim, po czym spojrzał na pudełko przed nim. Pustynia lodowa. 500 elementów. Świetnie. Z ciężkim westchnieniem otworzył pudełko, zabierając się do układania. Nie przepadał za układankami, ale jako perfekcjonista był w nich całkiem dobry. Po dobrych dwóch godzinach był dopiero w połowie. W ciągu następnej półtorej odepchnął Hanji, która próbowała mu powiedzieć, że czas już iść do domu. Niezrażona chłodnym traktowaniem poszła więc do domu sama. Natomiast piętnaście minut później Levi stanął przed ogromnym kłopotem. Brakowało mu puzzla. Gorzej, puzzla z samego środeczka. Z rosnącym gniewem obszukał swoje biurko, sąsiednie, a kiedy wepchnął się pod swoje, usłyszał stłumiony śmiech. Kiedy się odwrócił, zobaczył tylko plecy Erwina, odchodzącego od aneksu ze szklanką w ręku. Po wybebeszeniu nieszczęsnego biurka do reszty, Levi uświadomił sobie coś strasznego. Złapał pudełko, zostawiając niedokończony obrazek na biurku i stąpając niczym nastolatek, któremu ktoś dał szlaban (jak w Simsach no). Wdarł się do gabinetu i  z donośnym hukiem postawił pudełko na blacie biurka.
- Do kurwy nędzy, w tych jebanych puzzlach nie ma jednego kawałka, ty skończony dupku.
Tyrada trwała nieco dłużej niż to, zawierając jeszcze więcej przekleństw. Cóż, Levi mógłby zawstydzić każdego szewca.
Erwin jakimś cudem zachował kompletnie kamienną twarz, odpowiadając tylko krótkim.
- Język, Ackerman.
Levi prychnął tylko, omal nie jeżąc się jak kot, emanując wściekłością i gniewem. Podniósł pudełko, i rzucił nim w twarz Erwina, po czym odwrócił się na pięcie, warcząc gniewne "Idę do domu!".
***
Następne dni pełne były napięcia, przynajmniej ze strony Leviego. Oddział zaczynał mieć już dosyć ich gry w kotka i myszkę, ale nikt nic nie powiedział. Paradoksalnie, wszyscy odetchnęli, kiedy dostali wiadomość o kolejnym morderstwie, które pozwoliło im wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem. Teoretycznie, Levi był tam zupełnie niepotrzebny, ale postanowił pojechać, robiąc na złość Erwinowi. Podwiózł też przy okazji Hanji, która paplała coś o konserwowaniu zwłok. Kiedy wysiadł z auta, okazało się, że dojechali w tym samym czasie, co Erwin i Mike. Z niechęcią szedł więc u boku Hanji, która dla odmiany próbowała nadążyć za Erwinem, przedstawiając swoje nowe, niepokojąco genialne odkrycie.  Kiedy tylko dotarli jednak, brnąc przez wysoką trawę, na miejsce zbrodni, Levi zatrzymał się jak uderzony, zostając w tyle. Spostrzegła to laborantka, odwracając się. 
- Wszystko w porządku, Levi?
Żołnierz wciągnął głęboko powietrze, czując znajomą woń nadnaturalnych. Miejsce było przesiąknięte ich aurą, autorstwo zbrodni nie pozostało więc żadnych wątpliwości. Potrząsnął głową, unosząc wzrok i napotykając chłodne, oceniające spojrzenie Erwina. Poruszając niepewnie kontuzjowaną nogą, znów ruszył naprzód, odsuwając się od blondyna jak najdalej. 
- Nic mi nie jest - odpowiedział, roztargniony. 
Nie podobało mu się to spojrzenie. Jakby Erwin czegoś się domyślał. 

Erwiiiiiin?

wtorek, 4 września 2018

“Why is it that when one man builds a wall, the next man immediately needs to know what's on the other side?”

Dzień Erwina zaczął się typowo. Jego podwładni biegali dziko po komisariacie robiąc jednocześnie wszystko i nic, szukając chyba swojego miejsca na tym świecie. On przyglądał się temu ze spokojem, nalewając sobie wody z dystrybutora, uśmiechając się lekko do swojego kubka, kiedy obserwował tłumy ustawiające się przed automatem z kawą. Mógł tylko dziękować losowi, że nigdy nie przyzwyczaił się do kofeiny. Wrócił do swojego gabinetu, gdzie na jego biurku leżały przygotowane już wcześniej papiery. Spojrzał na zegarek, mówiący mu, że zbliżała się ósma. Nie tylko on to zauważył - harmider panujący po drugiej stronie szyby zwiększył się, gdy wszyscy próbowali dostać się do małego pokoiku przed nim. Wziął wspomniane wcześniej kartki w dłoń i sprawdzając je po raz kolejny spokojnym krokiem przeszedł do irytująco ciemnego pomieszczenia. Oparł się o biurko i wymieniając powoli nazwiska członków jego drużyny, przydzielał im obowiązki.
- Mike - do jednego z pracowników zwrócił się po imieniu, co nie zdziwiło już nikogo obecnego. - Ty zajmiesz się sprawą tego zaginionego dziecka. Jest o tym teraz głośno w mediach, więc liczę na ciebie - poinformował go i przeniósł wzrok na nowego stażystę, niewysokiego blondyna z długimi blond włosami. - Arlert, ty mu dzisiaj pomożesz - powiedział a młody mężczyzna kiwnął głową. Na twarzy młodego człowieka było widać zmartwienie, lecz Erwin wiedział, że to jest dobry pomysł - miał okazję zobaczyć Armina już parę razy przy pracy i mimo młodego wieku chłopak zdążył się już udowodnić jako inteligentny policjant i spostrzegawczy detektyw. Erwin nie wiedział, skąd w kimś z pozoru tak drobnym i przestraszonym wziął się pomysł pracy w policji, ale widząc jego wyniki, nie mógł cieszyć się bardziej z możliwości wzięcia go pod swoje skrzydła. Po odbębnieniu porannej rutyny każdy rozbiegł się w swoją stronę. Komendant wrócił do siebie, gdzie musiał się zająć papierkową robotą, którą szeryf męczył go od dłuższego czasu. Zaproponował mu przyjęcie kogoś nowego do drużyny - coś nad czym Erwin długo się zastanawiał. Niestety z procesem poszukiwania kolejnego członka w zestawie przychodziło analizowanie stosów dokumentów, co pochłaniało całe dnie komendanta. W okolicach lunchu zrobił sobie przerwę. Uwalniając myśli od kartonów akt i słupków liczb spacerował spokojnie po swoim gabinecie, by w końcu się zatrzymać przed oknem. Zaczął przez nie obserwować drzewa przed komisariatem, których liście z zielonych zmieniały się już na żółte. Jego moment ciszy przerwał mu huragan w fartuchu laboratoryjnym, który wparował do jego gabinetu bez najmniejszego ostrzeżenia. Erwin westchnął i odwrócił się, spoglądając pytająco na podskakującą z nogi na nogę Hange. Podekscytowana patolożka nawet nie męczyła się wyjaśnianiem tylko pociągnęła go za rękę zabierając go w stronę rzadko odwiedzanej przez Erwina części budynku - archiwum. Gdy weszli do środka, na początku nie wiedział o co chodzi. Dopiero po chwili zza stosu książek wychylił się mężczyzna, rzucający im nieprzyjazne spojrzenie. Przyzwyczajony do takich zachowań komendant stał niewzruszony. Jednym uchem słuchał pisków Hange, która traktowała pracownika przed nimi jak nowe zwierzątko. Przyjrzał się zaskakująco niskiemu mężczyźnie, który zdążył wyjść zza swojego muru obronnego zbudowanego z akt. Jego postura agresywnie wręcz krzyczała, że służył w wojsku - prawie. Stał lekko wycofany. Nie była to typowo obronna poza - mężczyzna stał jednak, jakby próbował coś ukryć, jakąś słabość. Nie trudno było zgadnąć jaką, gdy mężczyzna zdecydował się podejść bliżej, na początku prawie niezauważalnie utykając. Komendant zastanawiał się co było powodem temperamentnego podejścia tego człowieka do życia. Znając zbyt mało szczegółów, by powiedzieć cokolwiek konkretnego przypisał to po prostu trudnemu charakterowi. 
Powoli odwrócił się znów w stronę Hange, kompletnie ignorując tego byłego żołnierza.
- Nie nadaje się. I nie tylko dla tego, że jest niski - powiedział, nie zwracając uwagi na kapryśną minę laboratorantki i jeszcze wiekszy grymas na twarzy nieznajomego. Wiedząc, że jego przerwa powinna już dobiegnąć końca, blondyn odwrócił się na pięcie i wyszedł. 
***
Erwin dziękował bogom gdy chociaż jedna osoba nie wparowała do jego gabinetu jak oszalała. Armin zapukał grzecznie przed uchyleniem drzwi. Erwin zaprosiłby go do środka ale ewidentny pośpiech i nerwy na twarzy nowicjusza, powiedziały mu, że brak na to czasu. Podniósł jedną brew pytająco, spoglądając na chłopaka.
- `Znaleziono ciało zaginionej. I paru innych. Potrzebujemy pana, panie komendancie - rzucił, wyraźnie niespokojny ale i podekscytowany. Ostatnio było cicho w Widowburgu jeśli chodzi o takie sprawy. Wiedząc, że zapowiada się coś grubszego, mężczyzna nie czekał aż młody wyjaśni sprawę dokładniej, założył tylko skórzaną kurtkę na swoją błękitną koszulę i zaczął iść z Arminem w stronę wyjścia. 
Ciała znaleziono umiarkowanie blisko miasta, dlatego dojazd tam nie zajął glinom zbyt dużo czasu. Znajdowały się one w sporej szopie na opuszczonej farmie. Ciała zostały znalezione przez grupę nastolatków, najpewniej szukających miejsca do spokojnego upicia się. Oprócz zwłok ostatnio zaginionej i poszukiwanej przez nich intensywnie kobiety, znajdowało się tam sześć innych ciał - zajmowali się tym już jego pracownicy, którzy próbowali dopasować znalezionych do innych zgłoszeń zaginięć z poprzednich lat. Erwinowi było szkoda Armina - choć chłopak starał się być dzielny, widać było jak źle się czuł patrząc na zmasakrowane zwłoki, dlatego wysłał chłopaka do przesłuchiwania wspomnianej wcześniej grupy dzieciaków. Erwin sam już podszedł do Mike'a dołączając do niego w przyglądaniu się nagim zwłokom, na których ciele były powycinane różne dziwne symbole. Podczas konferencji prasowej zrzucą podejrzenia na sektę lecz dreszcz, który przeszedł po plecach Erwina i nienaturalna aura tego miejsca wskazywały na działalność nadnaturalnych. Mężczyzna przeklął cicho - te sprawy zazwyczaj są najtrudniejsze do rozwiązania - niewielu ludzi wiedziało o istnieniu tych wszystkich różnych stworów, więc pracująca nad tym grupa musiała być jak najmniejsza i jak najbardziej wtajemniczona - nie mogli ryzykować histerii ogłaszając na komendzie, że albo to byli sataniści albo grupa wilkołaków, co jest jak najbardziej prawdopodobne, ponieważ ich szef jest cholernym aniołem. Stąpając uważnie wśród oznaczonych ciał, ułożonych w kółku, starając się ominąć wszelkie dowody, planował skład detektywów. Jego wybory były dość oczywiste - nikt nie zająłby się tymi zwłokami jak Hange, przy jego boku stale też jest Mike, który równie dobrze mógłby być jego zastępcą. Mimo minimalnego rozczulenia nad nowym, Erwin stwierdził, że Armin przyda się i będzie dobrym dodatkiem do tej grupy. Potrzebował jeszcze kogoś od komunikacji - tutaj chyba dobrym wyborem będzie policjantka Blouse. Jako wendigo miała praktycznie nigdy niezaspokojony apetyt, ale była dobrym pracownikiem. 
***
Dwie godziny później siedzieli wszyscy w biurze rozpaczliwie chwytając się nawet najmniejszych tropów - niestety żaden nie miał głębszego znaczenia w sprawie. Widząc, że skończyły mu się akta porwań i zaginięć z roku dwa tysiące ósmego podniósł wzrok na Arlerta.
- Armin - powiedział, wywołując małe zaskoczenie u młodego policjanta gdy usłyszał swoje imię zamiast nazwiska. - Idź do archiwum i powiedz, żeby przygotowali akta z lat od dwa tysięcznego do dwa tysiące ósmego - polecił chłopakowi, który po chwili był za drzwiami. Potrzebował chyba chwili przerwy od tego wszystkiego. Obaj dzielili tę cechę - frustrowało ich, gdy było zbyt mało dowodów w sprawie, żeby ją rozwiązać. Chłopak wrócił zaskakująco szybko - co nie było tak zaskakujące, patrząc na to, że wrócił bez żadnych akt.
- Szeregowy Ackermann kazał panu przekazać, że nie jest pan jego szefem i powinien się pan ustawić w kolejce tak jak połowa komisariatu - chłopak wytłumaczył się szybko, wyraźnie zawstydzony. Erwin zignorował mały uśmiech Mike'a. Erwin westchnął,
- Który to Ackermann? - zapytał, nie kojarząc tego nazwiska. 
- Nowy w archiwum. Niski ale wygląda jakby mógł cię zamordować jednym palcem - odpowiedziała mu Sasha pomiędzy gryzami bułki, którą wyjęła ze swojej torby. Trzeciej w ciągu ostatnich dwudziestu minut. Erwinowi zaczęła świecić mała żaróweczka w głowie - oczywiste dla niego stało się, że była to ta sama grymasząca osoba, którą chciała adoptować Hange. W tym momencie drzwi do ich pokoju zebrań otworzyły się i stanął w nich szeryf, za którym dreptały dwie młode dziewczyny. Szef zapytał się o postępy w sprawie i westchnął głęboko, gdy usłyszał szczerą odpowiedź komendanta. Przedstawił dwie dziewczyny jako dwie nowe pracownice w archiwum. Erwina tknęło. Uśmiechnął się lekko do siebie.
- Akurat, mówiąc o archiwum...
***
Erwin zastanawiał się, jakim cudem w wojsku nie pokazano mężczyźnie, że drużyna jest najważniejsza. Z tego powodu, stwierdził początkowo, że Ackermann się nie nadaje to tej roboty. Mając wielką nadzieję na wyplenienie tej negatywnej cechy z niskiego bruneta, położył notatkę od szeryfa na biurku archiwisty.
- Teraz jestem już twoim szefem. Przygotuj mi proszę te akta, po które wysyłałem Armina - powiedział, już praktycznie wychodząc z archiwum. Huh. I tak potrzebował snajpera w drużynie.

I co, niziołku?

Obserwatorzy