sobota, 8 września 2018

“I’ve seen a look in dogs’ eyes, a quickly vanishing look of amazed contempt, and I am convinced that basically dogs think humans are nuts.”

Otrzepał spodnie, patrząc na Carrie bez wyraźnego zainteresowania.
- Nie - odparł, po czym ruszył z powrotem do swojego biurka.
Jeszcze zanim zdążył usiąść, dziewczyna znalazła się przy nim, marudząc jak dziecko.
- Czemu nie? - jęknęła, wieszając się na jego krześle.
- Bo nie. Nie chodzę na drinki z byle kim - prychnął, wracając do projektu.
- Jak to z byle kim? To ja jestem byle kto?
Przewrócił oczami, kiedy zabrała mu myszkę.
- Nie znam cię. Mam psy pod opieką.
- Przyda ci się przerwa, zawsze wyglądasz, jakby cię ktoś przed chwilą rzucił - westchnęła, puszczając mimo uszu uwagę, że jej nie zna.
- Bywa. Nie muszę dobrze wyglądać - wzruszył ramionami, odchylając się na krześle.
- Nie mówię, że źle - parsknęła, pociągając go za materiał swetra.
Odsunął jej dłoń zdecydowanym ruchem. Zaintrygowany Sol przerwał swoją drzemkę i wyjrzał spod biurka.
- Choooodź ze mną. Co ci szkodzi?
- Jesteś strasznie marudna - westchnął, głaszcząc psa, który z zadowoleniem otarł się pyskiem o jego dłoń.
- To moja największa zaleta! - wyszczerzyła się w uśmiechu.
Spojrzał w bok, a potem znów na psa i nagle uśmiechnął się lekko.
- Dobra.
Nie oczekiwał aż tak głośnego pisku radości. Sol otrzepał się i znów zniknął pod biurkiem.
- Pod jednym warunkiem.
Carrie zatrzymała się w środku tańca zwycięstwa.
- Pomożesz mi z ogarnięciem psów. I zrobisz wszystko, czego będę wymagał - odwrócił się do dziewczyny.
- Okej - wyciągnęła do niego dłoń.
Potrząsnął nią, teatralnie przypieczętowując umowę.
***
Dzień pracy skończył się zaskakująco szybko. Jasper, który już prawie zapomniał o całej sytuacji, niemal dostał zawału, kiedy Carrie stanęła przy jego biurku, pod którym zniknął, by przepiąć smycz Sola.
- Och... A już miałem nadzieję - westchnął ciężko, mijając Carrie z psem u boku.
- Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo!
Zszedł na parking, jak zwykle lekko zgarbiony, owijając smycz wokół przedramienia, żeby wyciągnąć kluczyki z kieszeni.
- Co ty jesteś, matka wielozadaniowa? - spytała Carrie na widok jego vana.
- Poniekąd - odparł,  otwierając boczne drzwi, by pies mógł wskoczyć do środka. Odpiął smycz, gdy tylko pies ułożył się wygodnie i poklepał go po grzbiecie.
- Wsiadaj - rzucił tylko do dziewczyny, samemu siadając za kierownicą.
W czasie jazdy próbował zignorować jej paplaninę i omal nie trafił go szlag, gdy zmieniła stację radiową po raz enty.
- Wyjeżdżamy z miasta...
- Brawo, geniuszu - mruknął tylko.
- Mieszkasz na przedmieściach? Borze, ty naprawdę jesteś typową mamą. Na jakie zajęcia dodatkowe są zapisane twoje dzieci? - Carrie zaśmiała się, przylepiając nos do szyby.
Rzucił jej krótkie spojrzenie, by znów wbić wzrok w drogę przed nimi.
- Sol i Rum chodzili na podstawy posłuszeństwa. Resztę wytrenowałem sam.
- Czyli nauczanie domowe? Nie łamiesz żadnych stereotypów.
- Spadaj.
Po opuszczeniu miasta korki skończyły się, więc droga do domu nie potrwała długo. Jasper gładko wprowadził vana na podjazd i wysiadł, by wypuścić psa, nie kłopocząc się nawet zapinaniem go na smycz.
- Idziesz?
Jas odwrócił się do Carrie, rozglądającej się po osiedlu.
- Tak! Zastanawiam się tylko, czy obserwuje nas tu jakiś lokalny monitoring.
- Pani Collins na pewno. Nie przepuści okazji, żeby stwierdzić, że na pewno jestem alfonsem.
Nim Carrie zdążyła zacząć zgłębiać temat, Jasper otworzył drzwi. Powitało ich podekscytowane szczekanie i nikły zapach moczu.
- Dzień dobry kochani - wymruczał Jasper, starając się pogłaskać każdego z witających go psów.
Odłożył klucze na wysoką szafkę na buty, ściągając swoje i pozostawiając je równo ustawione przy ścianie. Domek był rzeczywiście niewielki. Ściana kiedyś dzieląca przedpokój od pokoju dziennego została wyburzona, więc stanie przy drzwiach balkonowych dawało teraz widok na drzwi balkonowe po drugiej stronie pomieszczenia. Z lewej strony znajdowały się zamknięte drzwi, prowadzące do sypialni, a kuchnia była oddzielona od głównego pokoju tylko półścianką. Mebli było niewiele, telewizor, który najlepsze czasy miał już za sobą, nosząca ślady zębów kanapa, porozstawiane psie legowiska i gramofon w rogu, z oddzielną szafką na winylowe płyty. W kuchni znajdowały się kolejne zamknięte drzwi, za którymi kryło się pomieszczenie będące kiedyś spiżarnią, obecnie robiące za składzik wszelkich psich zapasów. Schody na piętro dawały dostęp do łazienki i sypialni gościnnej, w której jedynym gościem były czasem tylko szczególnie młode mioty szczeniąt, dla których domem tymczasowym był Jasper.
Wszystkie podłogi wyłożone były panelami, bez żadnych dywanów. Ich brak wyjaśniała kałuża moczu, którą anioł pościerał natychmiast.
- Trzeba podać leki tym, którzy je biorą, wyczesać te najbardziej futerkowe, bo zawsze robię to kiedy wracam i potem wyprowadzić je na spacer - wyjaśnił, wyrzucając mokry papier do kosza.
- Nie załatwiają się w ogrodzie? - Carrie wskazała kciukiem drzwi balkonowe z wbudowanymi drzwiczkami dla psów.
Jasper potrząsnął głową.
- Jest za mały, uznają go za przedłużenie domu, w którym nie powinny się załatwiać. Jak widać, nie wszystkim to wychodzi.
Spojrzał w stronę Cookie, najbardziej prawdopodobniej sprawczyni tego zamieszania. Wydobył ze schowka szczotkę i wiaderko, po czym podał je Carrie.
- Wyczesać trzeba Sola, Cookie i Grappę, ale ją zostaw mi.
- Czemu? Ja lubię najbardziej - dziewczyna spojrzała na niego błagalnie.
- Mogłaby cię ugryźć. Nie przepada za czesaniem.
Sam Jasper zaczął przygotowywać porcje leków i suplementów, dla każdego z psów oddzielną miseczkę. Kątem oka obserwował z delikatnym uśmiechem, Jak Carrie przywołuje psy do siebie i przemawia do nich powoli, tłumacząc potrzebę czesania.

Carrie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy