czwartek, 6 września 2018

"It’s clear to me. This guy’s a true monster."

Od momentu, w którym Erwin Smith wykonał chwyt poniżej pasa, włączając Leviego na siłę do własnej drużyny, ten skutecznie uprzykrzał mu życie. Stał się nieomal jego cieniem (o ile cień może być aż tak niski i blady), łażąc za policjantem wszędzie, rzucając małe, wredne uśmieszki i jeszcze bardziej uszczypliwe komentarze. Hanji obserwowała jego poczynania z szerokim uśmiechem i zachwytem, że jej chłopcy tak się świetnie dogadują. Reszta oddziału nie podzielała entuzjazmu laborantki dla ich małej wojny podjazdowej.
Erwin na niekończące się komentarze odpowiedział nawałem pracy. Levi przyjął stosy dokumentów i rzeczy do zrobienia z niejaką przyjemnością, co z pewnością nie było w zamierzeniach jego szefa. Erwin nie przewidział także tego, że nadgodziny sprowadziły się do tego, że on i Levi zostawali sami, bez rozładowującej emocje Hanji. To właśnie w czasie kolejnych nadgodzin mały żołnierz wyraził swoją głęboką dezaprobatę dla sposobu, w jaki Erwin pił herbatę. Ową dezaprobatę wyraził bardzo niecenzuralnie.Kończąc litanię przekleństw, która spotkała się z Erwinem złapanym za rękaw tuż przed wrzuceniem łyżeczki cukru do kubka, zaprotestował.
- Wiedziałem, że jesteś kompletnym barbarzyńcą, ale to już pieprzona przesada - warknął Levi, puszczając rękaw dopiero w chwili, kiedy był pewien, że łyżeczka nie znajdowała się już nad kubkiem.
- To tylko cukier. Nie przyzywa się nim demonów, chociaż nie wiem czy wiesz, biorąc pod uwagę to, jak bardzo jesteś gorzki - Erwin uśmiechnął się tym uśmiechem, którego Levi bardzo, bardzo nie lubił.
Za wiele było w tym uśmiechu arogancji.
- To jest, geniuszu, niszczenie perfekcyjnego napoju, jakim jest herbata. Idź, porwij sobie jakąś ładną dziewczynę, napadaj wioski z wrzaskiem, ale cukier precz od herbaty.
Levi zmrużył oczy, odsuwając się o krok, by wrócić do swojej pracy. Postanowił, że zignoruje krótki śmiech Erwina za jego plecami.
***
Z racji tego, że praca tylko Leviego cieszyła (o ile ta wiecznie skrzywiona kreatura mogłaby się cieszyć), Erwin wymyślił mu zupełnie nowe, pozornie niewinne wyzwanie.
- Nie mam dla ciebie nic nowego, więc ułóż te puzzle - powiedział, kładąc pudełko na lśniącym nieomal biurku Leviego.
Ten spojrzał podejrzliwie najpierw na teoretycznie spokojnego Erwina, a potem na resztę oddziału, wychylającą się z niezadowolonymi minami zza stosów dokumentów. Wszyscy jednak natychmiast odwrócili wzrok, łapiąc tylko spojrzenie byłego żołnierza.
- Żartujesz sobie do cholery?
- Absolutnie nie. To jest polecenie służbowe. Masz. Ułożyć. Puzzle - Erwin uśmiechnął się niewinnie, po czym odwrócił się i odszedł.
Levi patrzył przez chwilę za nim, po czym spojrzał na pudełko przed nim. Pustynia lodowa. 500 elementów. Świetnie. Z ciężkim westchnieniem otworzył pudełko, zabierając się do układania. Nie przepadał za układankami, ale jako perfekcjonista był w nich całkiem dobry. Po dobrych dwóch godzinach był dopiero w połowie. W ciągu następnej półtorej odepchnął Hanji, która próbowała mu powiedzieć, że czas już iść do domu. Niezrażona chłodnym traktowaniem poszła więc do domu sama. Natomiast piętnaście minut później Levi stanął przed ogromnym kłopotem. Brakowało mu puzzla. Gorzej, puzzla z samego środeczka. Z rosnącym gniewem obszukał swoje biurko, sąsiednie, a kiedy wepchnął się pod swoje, usłyszał stłumiony śmiech. Kiedy się odwrócił, zobaczył tylko plecy Erwina, odchodzącego od aneksu ze szklanką w ręku. Po wybebeszeniu nieszczęsnego biurka do reszty, Levi uświadomił sobie coś strasznego. Złapał pudełko, zostawiając niedokończony obrazek na biurku i stąpając niczym nastolatek, któremu ktoś dał szlaban (jak w Simsach no). Wdarł się do gabinetu i  z donośnym hukiem postawił pudełko na blacie biurka.
- Do kurwy nędzy, w tych jebanych puzzlach nie ma jednego kawałka, ty skończony dupku.
Tyrada trwała nieco dłużej niż to, zawierając jeszcze więcej przekleństw. Cóż, Levi mógłby zawstydzić każdego szewca.
Erwin jakimś cudem zachował kompletnie kamienną twarz, odpowiadając tylko krótkim.
- Język, Ackerman.
Levi prychnął tylko, omal nie jeżąc się jak kot, emanując wściekłością i gniewem. Podniósł pudełko, i rzucił nim w twarz Erwina, po czym odwrócił się na pięcie, warcząc gniewne "Idę do domu!".
***
Następne dni pełne były napięcia, przynajmniej ze strony Leviego. Oddział zaczynał mieć już dosyć ich gry w kotka i myszkę, ale nikt nic nie powiedział. Paradoksalnie, wszyscy odetchnęli, kiedy dostali wiadomość o kolejnym morderstwie, które pozwoliło im wyjść na zewnątrz i odetchnąć świeżym powietrzem. Teoretycznie, Levi był tam zupełnie niepotrzebny, ale postanowił pojechać, robiąc na złość Erwinowi. Podwiózł też przy okazji Hanji, która paplała coś o konserwowaniu zwłok. Kiedy wysiadł z auta, okazało się, że dojechali w tym samym czasie, co Erwin i Mike. Z niechęcią szedł więc u boku Hanji, która dla odmiany próbowała nadążyć za Erwinem, przedstawiając swoje nowe, niepokojąco genialne odkrycie.  Kiedy tylko dotarli jednak, brnąc przez wysoką trawę, na miejsce zbrodni, Levi zatrzymał się jak uderzony, zostając w tyle. Spostrzegła to laborantka, odwracając się. 
- Wszystko w porządku, Levi?
Żołnierz wciągnął głęboko powietrze, czując znajomą woń nadnaturalnych. Miejsce było przesiąknięte ich aurą, autorstwo zbrodni nie pozostało więc żadnych wątpliwości. Potrząsnął głową, unosząc wzrok i napotykając chłodne, oceniające spojrzenie Erwina. Poruszając niepewnie kontuzjowaną nogą, znów ruszył naprzód, odsuwając się od blondyna jak najdalej. 
- Nic mi nie jest - odpowiedział, roztargniony. 
Nie podobało mu się to spojrzenie. Jakby Erwin czegoś się domyślał. 

Erwiiiiiin?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy