- Szef chce cię widzieć - powiedziała od razu, wskazując na to, że sprawa jest pilna. Mężczyzna kiwnął tylko głową. Poprawił tylko koszulę, która zdążyła się wygnieść i po chwili był w drodze do gabinetu ojca chrzestnego. Znaczy, szef nim nie był. Ale ranga nawet podobna. Wracając. Kiedy dotarł do sekretariatu Dotty, która bawiła się nożem do papieru wskazała mu tylko na wejście szefa, do którego Murphy rzecz jasna najpierw zapukał. Po usłyszeniu mruknięcia zaproszenia wszedł i zamknął za sobą drzwi. Z pewnością siebie usiadł na krześle przed dębowym biurkiem. W jego stronę natychmiast został przesunięty cienki folder. Spojrzał pytająco na mężczyznę w średnim wieku. Nigdy nie chciało mu się przeglądać tych papierów.
- Znowu jakaś grupa kręciła się niedaleko zachodnich korytarzy w sektorze "c" - mruknął Adam, głowa całego zakonu.
- Tam w opuszczonej części? - upewnił się Murphy. Jako odpowiedź otrzymał tylko kiwnięcie głową.
- To tylko jakieś miejskie szczury. Adam zdążył odkryć, że to nadnaturalni i siedzą w głównie w jakimś obskurnym barze, na który namiary masz w folderze. Ty musisz zająć się wyznaczoną ci jednostką. Chcemy mieć pewność, że ci nadnaturalni więcej nie przyjdą tu węszyć - mężczyzna rzucił i skoncentrował się na jakiś papierach przed nim - dla Murphy'ego był to znak, że to koniec ich rozmowy. Wstał więc, i skierował swoje kroki do wyjścia. Z niechęcią zajął się przeglądaniem dostarczonych mu informacji w drodze do swojej kwatery. Nie miał problemu z trafieniem do wspomnianego baru - miasto znał wystarczająco dobrze, by od razu skojarzyć gdzie się znajduje. Wyznaczona mu została jakaś młoda kobieta - blondynka, drobna. Z pozorów mało niebezpieczna, ale nie została określona jej nadnaturalność. Murphy musiał się trzymać na baczności. Gdy zamknął za sobą drzwi, spojrzał na zegarek - było dość późno. Miał trochę czasu do momentu kiedy te bary nagle ożyją. Stwierdził, że będzie to dobry pomysł jeśli weźmie prysznic i zmieni dość eleganckie (standardowe dla zakonu) ubrania na coś nadającego się do baru. Spod prysznica wyszedł jedynie w ręczniku, luźnie zawiniętego na jego biodrach. Przeczesał kruczoczarne włosy, by układały się dokładnie tak, jak sobie tego zażyczył. Zdecydował się na prosty zestaw - białą koszulkę, jeansy i flanelową koszulę w niebiesko-zieloną kratkę. Wyposażył się w najbardziej potrzebne rzeczy. Miał nadzieję, że nie będzie musiał tych rzeczy jeszcze dziś używać - to oznaczało by ogromne niepowodzenie misji. Upewnił się, że wszystko ma, zapiął sobie ponownie zegarek na nadgarstku i wyszedł.
***
Murphy wsadził dłonie w kieszenie spodni, podchodząc do drzwi baru. Nie było zbyt wielu ludzi - prawdopodobnie było to miejsce głównie atrakcyjne dla stałych bywalców. Utwierdził się w tym przekonaniu gdy jacyś mężczyźni w rogu wysłali mu podejrzliwe spojrzenia - nie przejął się tym jednak za bardzo - podobne wysyłali jakiejś grupce. Bar był nieco zadymiony dymem papierosowym, pasującym do klasycznego rocka grającego w tle. Skierował się w stronę lady. Wiedział, że stamtąd da radę wypatrzyć kogoś pasującego do opisu z jego akt. Nachylił się w stronę barmanki.
- Dobry wieczór - rzucił, nie potrafiąc pominąć tego zwrotu. - Bourbon? - zapytał, w ramach zamówienia tego alkoholu. Kobieta za ladą chrząknęła, najwidoczniej z rozbawienia, jak można było zgadywać po jej spojrzeniu wysłanym blondynce siedzącej po prawej od Murphy'ego. Bingo. Pasowała do mało szczegółowego opisu, który dostał - ale jako jedyna w tym miejscu. Przez chwilę złapali kontakt wzrokowy. Jej oczy o chłodnym kolorze nabierały dziwnej barwy w ciepłym świetle tego miejsca. Oderwał od nich wzrok i westchnął cicho.
- Piwo, proszę - powiedział, a barmanka leniwie zabrała się za otwarcie butelki chyba jakiegoś lokalnego browaru. Przesunęła trunek w jego stronę, który od razu wziął w dłoń. Zrobił parę kroków w stronę tamtej dziewczyny i usadowił się na przetartym stołku. Kobieta obdarzyła go kwestionującym spojrzeniem.
- Nie jesteś dla mnie za stary? - podniosła jedną brew. Mężczyzna przyjrzał się jej wyglądała na o wiele młodszą niż zakładał Adam. Przewrócił oczyma słysząc jej komentarz.
- Nie jesteś za młoda na picie alkoholu? - zakwestionował. Pokręciła głową i uśmiechnęła się lekko, pociągając kolejny łyk trunku. - Ja nie w tej sprawie - powiedział, sam próbując tego piwa. Trudno powiedzieć czy było dobre, czy raczej nie - było tak mocne, że ledwo było czuć smak chmielu. Teraz Murphy już był pewny, że był to lokalny twór, porównując go z wodą, którą Amerykanie nazywają piwem. Korzenie miał irlandzkie, i gdy raz za nimi podążył, dowiedział się jak smakuje prawdziwy browar.
- A niby w jakiej? - spytała dziewczyna ze znużeniem na twarzy. Chyba miała dość tego tańczenia wokół sprawy tak jak on.
- Potrzebuję się dostać do podziemi pod Titus St. - powiedział wprost, sprawiając, że jego rozmówczyni poruszyła się niespokojnie. Najwidoczniej nie była zbyt chętna by wracać w pobliże sektora "c".
- Tam nie prowadzimy - stwierdziła szybko. - To niebezpieczne. Nie wiemy czyj to teren, ale jest pilnowany - wytłumaczyła, z zakłopotaną miną. Jej ekspresja przywodziła na myśl małe dziecko.
- Dam dwieście procent - odpowiedział obracając się na stołku, tak by w pełni być zwróconym ku niej. Z jej twarzy nie dało się nic wyczytać, co było dziwne, patrząc na to, że dotąd była niczym otwarta księga.
- Wróć tu jutro - poinformowała go, zeskakując ze swojego stołka i odchodząc.
Blaire? Do u want dat money? Or maybe you'll suggest him to find different place?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz